wtorek, 17 stycznia 2017

Uroki zimy


Na weekend mieliśmy łyżwiarskie plany na naszym jeziorku. Ostre mrozy skuły porządnie taflę zbiornika. Niestety pod koniec tygodnia zawitała odwilż. Mimo grubej warstwy lodu na powietrzni pojawiła się kaszowata breja. 
To oczywiście nie odebrało nam ochoty na aktywne spędzenie czasu. O 11 zjechała się ,w naszym domu, ekipa przyjaciół. Wyruszyliśmy na trekking pięknym brzegiem Wisły. 

Sunia oczywiście szalała z radości. 
Po trzech godzinach zalegliśmy u nas w domu przy dobrym jedzonku. 
Po południu wrócił lekki mróz. Kaszka na powierzchni jeziora ponownie zamarzła. Oczywiście rzuciliśmy się do łyżew. 
To była genialna decyzja. Jeziorko było trochę chropowate, ale daliśmy radę. 
Atmosfera była bajeczna! 
I tak w tę niedzielę w kilkanaście osób przeżyliśmy wspaniałą przygodę i nie musieliśmy wyjeżdżać na drugi koniec świata! 

wtorek, 10 stycznia 2017

Hu hu ha - nasza zima mroźna!


Święto Trzech Króli przesiedzieliśmy grzecznie w zaciszu domowym.  Będąc rekonwalescentami nie wyściubiliśmy nawet nosów za okno.( Było minus 14) Natomiast sobota i niedziela upłynęła nam trekkingowo. 
W sobotę dziewięcioosobową grupą ( 6+ 3 psy) odwiedziliśmy tereny wokół Jeziora Torfy.
Psy szalały całą drogę.
Głodni zostaliśmy przyjęci, na obiedzie, przez córkę z zięciem. 
Niedziela była równie mroźna i piękna. 
Tym razem zwiedziliśmy tereny Horowego Bagna . 
Przyroda pokazała się w cudownej zimowej szacie.
Miało być krótkie przejście. Szło się tak dobrze, że wróciliśmy po czterech godzinach marszu! 
Tym razem ugościli na mój brat cioteczny z żoną.
Psy były nieźle złachane, ale zregenerowały się błyskawicznie!
W przyszłym tygodniu nasza kolej nakarmić gości:)) I już się oczywiście cieszę!




 W niedzielè

piątek, 6 stycznia 2017

Pożegnanie gór


3 stycznia zostaliśmy sami w ośrodku. Po rozjechaniu się naszej grupy do domów, znajdujących się w całej Polsce, zrobiło się bardzo cicho. 
Byliśmy jeszcze bardzo słabi po chorobie, ale nie poddaliśmy się i jak prawdziwi kuracjusze pojechaliśmy do Krynicy i Muszyny na spacer. 
Wieczorem zapakowaliśmy samochód i byliśmy gotowi do powrotu  następnego dnia. Całą noc sypał śnieg. Rano obudziło nas słońce i błękitne niebo. 
Był lekki mróz i cudowny świeży, biały puch. Sunia szalała z radości, a nam w głowie rodził się plan.
Nie mogliśmy tak się poddać i zwyczajnie złamani chorobą wrócić do domu. Rzuciliśmy się do naszych bagaży i zaczęliśmy wyciągać narciarskie ciuchy. Zrobił się z tego kompletny bajzel, ale to nie miało już znaczenia. Nasze kaski pojechały poprzedniego dnia do domu. W związku z tym zabrałam pozostawiony, przymały dla mnie, kask córki, a małżonek zdecydował się jeździć bez kasku..
Jaworzyna przywitała nas fantastycznymi warunkami i brakiem kolejek. 
Kondycja moja była beznadziejna, ale byłam szczęśliwa!!
Nasze krótkie narciarskie pożegnanie z górami było super decyzją. Dzięki temu zatarliśmy złe wspomnienia i wiemy, że znów tu wrócimy! 

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Cudowna zima w Beskidzie Sądeckim


Zima pokazała nam się w pełnej krasie kiedy jechaliśmy w okolice Żegiestowa. 
W ośrodku wczasowym przywitał nas Pan Henryk i uroczy siedmiomiesięczny owczarek niemiecki. Sunia początkowo była przerażona widząc nasze dwie czarne diablice. Po kilku minutach sytuacja się unormowała i psy szalały na śniegu. 
Pod wieczór zjechała się nasza ekipa i 45 osób było gotowe zdobywać okoliczne stoki piechotą lub na nartach!
Wieczorem zaczęłam się słabo czuć i położyłam się do łóżka. Następnego dnia było gorzej więc przyniesiono mi posiłki do pokoju. 
Wieczorem Wojtek miał temperaturę 39.5. Rano pojechał do lekarza i dostał antybiotyk na zapalenie oskrzeli. Tego samego dnia bardzo źle się poczuł Artur i wylądował w klinice. W Sylwestra nie mogłam oddychać więc wylądowałam w szpitalu gdzie otrzymałam receptę na sterydy! 
Co chwila dochodziły głosy o nowych zachorowaniach...
A poza tym było pięknie. Z okna pokoju podziwialiśmy Poprad. 
Zdrowi upajali się pięknymi warunkami narciarskimi i brakiem kolejek.
Sylwester spędziliśmy w łóżkach ( nasz pokój został przystrojony przez Wojtka).
Przyjaciele przynosili nam jedzenie i zrobili pokaz sztucznych ogni przed naszym tarasem. 
                               
Powoli ekipa zaczyna opuszczać ośrodek, a ja jeszcze leżę w znienawidzonym łóżku. 
Tego sylwestra postaram się jak najszybciej zapomnieć.....

środa, 28 grudnia 2016

Tutaj poczuliśmy prawdziwą magię Wigilii i Świąt Bożego Narodzenia


Perfekcyjnie przygotowana Wigilia i atmosfera panująca podczas tych świąt spowodowała, że już planujemy następne święta w górach.
Wigilia w schronisku na Wierchomli była taka jaka powinna być: z opłatkiem, ciepłą atmosferą i oczekiwaniem przez dzieci, z nosem przy oknie, na dzwoneczki sań Św. Mikołaja. 
Tutaj to naturalne, że Mikołaj przyjeżdża saniami. Co prawda w pierwszej minucie pobytu Mikołaja powiało grozą kiedy usiłował usiąść na wiszącym fotelu, który uciekł spod pupy i Święty nakrył się nogami:))
                                
 Na szczęście  nic się nie stało i wszyscy zostali obdarowani prezentami. 
Dla mnie przebojem kulinarnym tego wieczoru była kutia.
Po obżarstwie rozpoczęliśmy kolędowanie. Józek grający na skrzypcach był lekko załamany naszymi głosami, ale musiał nas zaakceptować i już. 
W kolędowaniu uczestniczyły również bębny i bębenki. 
Gwiazdą wieczoru był śpiewający piesek Pan Leon. 
Nasze psy nie śpiewały, za to Szekla ukradła ze stołu pstrąga..
Na koniec ulepiliśmy sporego bałwana.
W Święta Bożego Narodzenia spędziliśmy absolutnie aktywnie.
Niektórzy byli na nartach.
Niektórzy na trekkingu z psami. 
Podczas drugiego dnia niemożliwym było poruszanie się po śniegu. Wzięliśmy ze schroniska rakiety śnieżne. 
                                    
Było to dla nas nowe doświadczenie. Pierwsze kilka minut chodzenie z wielkimi łopatami było  dziwne, ale z czasem stało się wielką przyjemnością. 
                                     
Dzięki rakietom zeszliśmy czarnym szlakiem do Wierchomli. 
Zrobiło się późno, a my nie mieliśmy latarek. Na szczęście pozwolono psom jechać na wyciągu krzesełkowym! Demi jechała dzielnie, natomiast młoda Szekla płakała całą drogę.
Kiedy wędrowaliśmy szczytem towarzyszył nam fantastyczny zachód słońca. 

W takich chwilach można zrozumieć co w naszym życiu jest najważniejsze. 
27 grudnia pożegnaliśmy nasz domek i schronisko. 
Podczas niezłej zadymki rozpoczęliśmy zejście do Szczawnika. 
Samochód terenowy schroniska zwiózł nam bagaże.
To były wspaniałe cztery dni i będziemy do tych chwil wracać nie raz. 
Teraz przed nami następny cudowny czas i przejazd do następnego miejsca..

sobota, 24 grudnia 2016

Święta tuż tuż...


Święta tuż tuż, a my w samochodzie i jedziemy w góry!
Po kompletnej panice, spowodowanej nawałem pracy i przeciwnościami losu, udało się nam spakować ( na pewno nie wszystko) rzeczy, psa i nas! Lekko nie było! 
W Nowym Korczynie przeprawiliśmy się promem. Sunia była niezwykle podekscytowana. 
                                     
O 15 byliśmy w Szczawniku. 
                                     
Po zmroku przyjechała terenówka, ze schroniska, po nasze bagaże. My z psem musieliśmy tam dotrzeć piechotą. Nocny, sześciokilometrowy spacer przez ośnieżony las przy rozgwieżdżonym niebie był mega romantyczny.  Schronisko przywitało nas zupą pomidorową i pierogami. Po kolacji przystąpiliśmy do ubierania choinki samodzielnie zrobionymi ozdobami. 

Robiliśmy "żadanice"- szmaciane kukiełki, które spełniają życzenia. 
                                     
Można je wykonać tylko ze starych ubrań i nie można używać nożyczek! Wykonuje się głównie dziewczynki. Ja na prośbę panów zrobiłam dodatkowo chłopaka. 

Ozdoby wyszły przecudnie co potwierdził jeden z kotów wdrapując się na drzewko i kradnąc jedną szmaciankę, którą zrobiła Ania!
                                          
O to moje dzieła:
                                     
     
O 24 doszli do nas córka z zięciem i ich psem. Czekaliśmy na nich oczywiście z zupą i pierogami!
Rano wstaliśmy niewyspani bo psy szalały całą noc taranując wszystko i wszystkich.
Po śniadaniu wzięliśmy narty i dechy na plecy i poszliśmy z psami na stok. 
Dwukilometrowa trasa ze sprzętem trochę nas wykończyła. Psy były zachwycone. Szalały w białym puchu. 
                           
Narty przy znikomej ilości ludzi, niewielkim mrozie i świetnie przygotowanej trasie na Wierchomli były prawdziwą przyjemnością. 

Po powrocie wszyscy zalegli na małą drzemkę ( psy również). Po drzemce byliśmy gotowi do Wigilii. Muszę przyznać, że przyjazd tutaj był genialnym pomysłem!