niedziela, 28 sierpnia 2016

Dania czy Hiszpania?


Dania przywitała mnie cudowną pogodą i pięknymi krajobrazami. 

Na lotnisku czekała uśmiechnięta córka. W jej mieszkanku zostawiłam bagaże. Ania zachwycona zjadła na śniadanie polski chleb i ser. 
                  
Po godzinie jechałyśmy rowerami ulicami Kopenhagi. Jazda rowerem, w tym mieście, jest prawdziwą przyjemnością. Prawie wszędzie są wytyczone bezpieczne drogi rowerowe ( powinniśmy się tego wreszcie nauczyć!).
Rowery są tutaj wszechobecne. 

Jest piękny, gorący dzień. Duńczycy cieszą się pogodą jak małe dzieci, w piaskownicy, nowymi zabawkami. Jest to prawdziwa celebracja słońca. Tłumnie wylegają na ulice. 
                      Nythavn- malowniczy zakątek Kopenhagi

Zalegają w parkach. W knajpkach nie można wbić szpilki. Licznie rozstawione leżaki na chodnikach i skwerach są pozajmowane przez miłośników słońca. 
Mam wrażenie, że znajduję się na południu Europy, a nie w Danii. Kopenhaga skąpana w słońcu troszkę przypomina mi Barcelonę! 
Dojeżdżamy do nowego budynku biblioteki ( Black Diamond Library), który znajduje się nad kanałem (Kobenhavns Havn)
                              
Mieszkańcy i turyści pływają tu wszystkim co się unosi na wodzie. 
Na przejażdżkę statkami wycieczkowymi trzeba czekać w kilometrowych kolejkach. 
Odbywa się tu również maraton pływacki! 
W aglomeracjach miejskich kanały przypominają obrzydliwe ścieki, ale nie w Kopenhadze. Kanały miejskie należą tu do najbardziej czystych na świecie i można spokojnie pływać! W maratonie biorą udział setki osób. 
Co kilkanaście minut startują grupy uczestników. Wszędzie na ulicach napotykamy pływaków w piankach.
Pod koniec dnia zasiadamy aby coś zjeść. W maleńkiej restauracyjce zamawiamy spaghetti z cukinii. To niespotykane danie smakuje mi absolutnie i wiem, że muszę się dowiedzieć jak je przygotować. 
Wieczorem zmęczone wracamy do domu i przy kieliszku prosecco gadamy o wszystkim i o niczym...

sobota, 27 sierpnia 2016

Kopenhaga czeka!


Wiecznie gdzieś pędzimy i odkładamy odwiedziny u córki. W końcu dwa dni temu kupiłam bilety i lecę na babski weekend do Kopenhagi. Każdy Polak jak jedzie w odwiedziny to z upominkiem. Nie chcąc ryzykować poprosiłam, wczoraj,  aby córka napisała czego potrzebuje. Lista wyglądała tak: chleb- same ziarna, biały ser, pierogi z jagodami ( mogą być nawet kupne!!), kabanosy i wódka Soplica- orzech laskowy(!). Dodatkowo zapakowałam kwaśne konfitury z mirabelek  (rodzinnej produkcji). 
                        
    Będzie fajnie.......

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Nie tylko Łupawa..


W Smołdzinie znajduje się słynne wzgórze Rowokół. Oczywiście nie mogliśmy tam nie pójść. Cudownie wyglądaliśmy wędrując w sandałach i białych skarpetkach lub crocsach! 
Na wzgórzu zobaczyliśmy wieżę widokową, z której rozciągał się widok zapierający dech w piersiach. 
Z wieży zobaczyliśmy cel naszej podróży: Surfcamp na jeziorze Gardno. 
Ostatniego dnia czekało nas do przepłynięcia tylko 9 km. Malownicza Łupawa żegnała nas kolejny dzień malowniczymi krajobrazami. 
W Człuchowie, gdzie znajdował się niebezpieczny jaz z silnym odwojem,
kolejny raz przenieśliśmy kajaki. 
W końcu dopłynęliśmy do ujścia Łupawy do jeziora Gardno. 
Tutaj przyszedł czas pożegnać rzekę, która towarzyszyła nam przez cztery dni.
Czekała nas przeprawa przez Gardno. Wiał silny wiatr i była półmetrowa fala. Co chwila woda zakrywała kajaki. Na szczęście szczelne fartuchy chroniły nas przed wodą. Musieliśmy bardzo uważnie płynąć. Wreszcie dotarliśmy na miejsce. Zdaliśmy sprzęt, przebraliśmy się i pożegnaliśmy gościnny Surfcamp.  
Rozformowaliśmy naszą szaloną dwunastkę i rozpoczęliśmy powrót do domów. My postanowiliśmy odwiedzić Łebę i zobaczyć morze. 
I oczywiście zjeść w porcie pyszną, świeżą rybę. 
Była to nasza podróż sentymentalna,  albowiem przez wiele lat spędzaliśmy tu wakacje.
Łeba zmieniła się bardzo, ale morze wciąż było takie same... 
W ośrodku wczasowym, gdzie mieszkaliśmy wiele razy, czas się zatrzymał. 
Z łezką w oku odwiedzaliśmy "nasze" miejsca. 
Odwiedzenie Łeby było fantastycznym zwieńczeniem naszej kilkudniowej kajakowej przygody na Pomorzu. 
Z niechęcią rozpoczęliśmy powrót do domu?.





sobota, 20 sierpnia 2016

31 km w jeden dzień kajakami: można! (Spływ Łupawą)


Niektórzy z nas byli przerażeni kiedy, trzeciego dnia, czekała nas trasa z Damna do Smołdzina (31 km). 
Musieliśmy wcześnie wstać i po ósmej  (o zgrozo) byliśmy na wodzie. 
Tym razem nie napotkaliśmy innych grup kajakowych, więc pokonywanie przeszkód i przenosek odbywało się bardzo sprawnie. 
Rzeka jak każdego dnia czarowała nas urodą. 
Co nie znaczy, że była łagodna (jedna osoba leżała do góry dnem). 
Po różnych akcjach wodnych z poprzedniego dnia miałam nadwyrężony bark, a Dorota nadgarstek. Trochę nam się ciężko wiosłowało, ale tu przyszli nam na pomoc Wojtek i Sebastian, którzy nas holowali przez ładny kawałek. 

    (Wojtek i Artur nie dość, że dżentelmeni to do tego przwdziwe przystojniaki:))

W połowie drogi zrobiliśmy przerwę. 
Profesjonalnie siekierą przygotowaliśmy zabrane żarełko.
Niektórzy wysuszyli, na słoneczku, wrażliwe części ciała. 
Zadowoleni z życia ruszyliśmy dalej.
Czekały nas trudne jazy i bystrza
Dzięki informacji z Serf-campu wiedzieliśmy gdzie możemy próbować przepłynąć, a gdzie należy wziąć na wstrzymanie i przenieść kajaki. 
Płynąc w słońcu podziwialiśmy widoki i wzgórze Rowokół. 
Pod koniec trasy zrobiliśmy jeszcze małą przerwę.
Tutaj wyjedliśmy wszystko co było w kajakach. 
Po 18 dotarliśmy na miejsce. Kajaki zostawiliśmy w Gościńcu u Bernackich.
W Smołdzinie mieliśmy do dyspozycji nieduży, stary dom. 
Oczywiście pokoje wyglądały za naszej bytności jakby je wielokrotnie nawiedzał huragan. 
                    
Wieczorem, przez otwarte okno, do naszego pokoju wlatywały nietoperze. 
W nocy odkryliśmy, że niektóre kaloryfery są gorące. Dzięki temu mogliśmy wysuszyć nasze rzeczy (które już zwyczajnie śmierdziały). 
Rano okazało się, że życzliwi gospodarze specjalnie napalili dla nas w kotle!
Fajnie kiedy spotyka się ludzką życzliwość..
 

czwartek, 18 sierpnia 2016

Dziś płyniemy do Damna! (Spływ Łupawą)


Stary Młyn w Łupawie pożegnał nas obfitym śniadaniem. Pogoda nadal dopisywała. Mieliśmy  do przepłynięcia "tylko" 19 km. Tereny, przez które płynie rzeka nie są owładnięte przez turystykę i wszędzie informowano nas, że obcych kajaków nie spotkamy lub spotkamy kilka w ciągu naszego czterodniowego spływu. Jakież było nasze zdziwienie kiedy przy elektrowni, we wsi Poganice, zobaczyliśmy dwa autokary, z których wysiadali ludzie i zaczynali się upychać do podwójnych kajaków!  Spora część pań nie raczyła zabierać wioseł licząc na sprawność swoich partnerów. Co poniektórzy popijali piwo lekceważąc niedużą Łupawę.... 
Staraliśmy się ich wyprzedzić, ale nie było to łatwe. Zwalone drzewa blokowały nurt, a ciężkie podwójne kajaki nie miały szans w łatwym pokonaniu przeszkód. W związku z tym przy każdym zwalonym drzewie kłębiły się tłumy kajaków, na które napierała woda.
Co chwila ktoś zaliczał wywrotkę. Mieliśmy do pokonania krótszy odcinek, niż pierwszego dnia, o dwa kilometry, a płynęliśmy o godzinę dłużej.
W Strzyżynie zrobiliśmy przerwę na małe co nie co..
Z naszej grupy, tego dnia , wywróciły się trzy osoby. Małgosia i Basia zostały napadnięte przez gałęzie drzew, które złośliwie wyciągnęły je z kajaków. Na szczęście,błyskawicznie, pomogli Andrzej i Marcin. Mimo napierających tłumów byliśmy zachwyceni Łupawą, która ponownie nie zawiodła krajobrazowo! 
Pod koniec dnia spadł na kilka minut deszcz, ale to nam absolutnie nie przeszkadzało bo byliśmy już w pobliżu Damno Młyna ( który pochodzi z XVIII w) gdzie mieliśmy zaplanowany nocleg. 
Gospodarze z wielką starannością remontują zabytkowe pomieszczenia, w których można zobaczyć urządzenia z XIX wieku. 
Z wielką przyjemnością jedliśmy kolację, przy wielkich drewnianych stołach, w sąsiedztwie wielkich maszyn. 
                              
  
Byliśmy zmęczeni, ale nie do tego stopnia żeby trochę nie pobalować! Gwiazdami wieczoru był Wojtek i Marek, których popisy choreograficzne zachwyciły wszystkich!
Przed pójściem spać zrobiliśmy przegląd strat. Trzeba przyznać, że niektórzy mieli imponujące siniaki! 
Spanie w wieloosobowych pokojach niesie ze sobą ciągłe wygłupy i salwy śmiechu. Tak więc zasnąć nie było łatwo....


wtorek, 16 sierpnia 2016

Pierwszy dzień spływu Łupawą- prawdziwy czad!


Z Serf-Campu Gardno zostaliśmy zawiezieni razem z kajakami do Kozina.
Tutaj zostaliśmy przeszkoleni jak zakładać fartuchy na kajaki. Rozdzieliliśmy między siebie rzutki ratownicze. Po kilkunastu minutach znaleźliśmy się na wodzie i niespiesznie rozpoczęliśmy nasz spływ.
Poziom wody był średni, a więc bardzo korzystny ( jak na wymagającą Łupawę). Początkowo nurt był nie bardzo szybki. Po pierwszej przenosce kajaków rzeka znacznie przyspieszyła i zaczęły się pojawiać zwalone kłody. 
Po godzinie pierwszą wywrotkę zaliczyła Małgosia, a kilka minut po niej Marek (zwany Umlautem). A potem nieduża Łupawa pokazała nam dlaczego jest nazywana górską rzeką pomorza. Brzegi wiły się jak wstążka. Ze wszystkich stron atakowały nas gałęzie, zwalone kłody i głazy.
Przenoski kajaków odbywały się w błocie po kolana. Kolejne osoby lądowały pod kajakami. Pokonywanie wartkich bystrzy wymagało niemałych umiejętności. 

Po sześciu godzinach i pokonaniu 21 km dopłynęliśmy do Starego Młyna w Łupawie.

 Z dwunastu osób cztery dopłynęły  "na sucho".
Pozostała ósemka zaliczyła minimum jedną wywrotkę. W Starym Młynie przywitali nas przemili gospodarze, kot, dwa psy i konie. Wszystko tu było nierealne. Nieprawdopodobną radochę sprawił nam palący się kominek w naszym miejscu noclegowym. Pokoje zostały błyskawicznie zmienione w suszarnię mokrych pianek, butów, rękawiczek i kurtek. 
Gospodyni uraczyła nas wspaniałą zupą pomidorową i kotletami schabowymi o średnicy 30cm! Podsumowaniem było niesamowite ciasto jagodowe. Najedzeni, we wspaniałych humorach, resztę wieczoru spędziliśmy przy ognisku. 
W nocy spaliśmy jak zabici i nikomu nie przeszkadzało czyjeś chrapanie!