Po fantastycznym, tygodniowym upodleniu i sponiewieraniu naszych ciał wróciliśmy do San Jose, gdzie dojechała reszta naszej grupy (jest nas teraz 22 osoby).
Rano jedziemy na plantację kawy.
Tutaj zapoznajemy się z procesem produkcji uwielbianego trunku na całym świecie.
Dziwi nas, że kawa przed wypaleniem jest jasnego koloru i pachnie jak nasze zboże!
Kwitnące rośliny jakie mamy okazję widzieć na plantacji wszystkich zachwycają.
Drugim naszym celem jest Park Narodowy Wulkanu POAS (2704m n.p.m.).
Po opuszczeniu autobusu maszerujemy z tłumem turystów asfaltową aleją. O bliskiej obecności wulkanu "informuje" nas smród siarkowodoru. Po kilkunastu minutach kończy się las i otwiera ogromna przestrzeń.
Widok krateru z turkusowym jeziorkiem powala nas na kolana.
Atmosferę trochę psuje obecny tłum przewieszony przez barierkę aby zrobić zdjęcie.
Podobno mamy sporo szczęścia bo widok krateru w pełnej krasie jest rzadkością. Na ogół spowija go gęsta mgła.
Ostatnim punktem dzisiejszego dnia jest La Paz Waterfall Gardens. Obserwując zwierzęta w niewoli zawsze żywię lekką pogardę do naszego gatunku, który dla przyjemności więzi zwierzaki (oczywiście głosimy, że ogrody zoologiczne mają wielkie zadanie edukacyjne i pomoc w ochronie zagrożonych gatunków). Część gatunków znosi niewolę dobrze, ale dla niektórych jest to tragedia. Z przyjemnością robię zdjęcia motylom, ale smutne małpy i kręcący się bez celu jaguar nie robią najlepszego wrażenia.
Podczas przerwy na posiłek zapewniamy sobie własną rozrywkę: jednej z nas przy wstawaniu z krzesła wbija się szereg drzazg. Kasia dzielnie usiłuje je wyjąć co nie jest prostym zadaniem.
Reszta grupy błyskawicznie przekształca się w "wyrozumiałą" lożę szyderców.
Kończymy zwiedzanie ogrodu obejrzeniem wodospadu.
A następnie tutejszym środkiem transportu wracamy do naszego autokaru.
No cóż, był to przyjemny dzień, ale wolałabym znowu się znaleźć w tropikalnym lesie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz