środa, 15 listopada 2017

Cueva de les Manos ( Patagonia Chile )


532 km, które mieliśmy do pokonania, jednego dnia, nie przeraziły grupy za bardzo..
 W Paso Rio Jeinemeni przkroczyliśmy granicę i ponownie wjechaliśmy do Chile. Celem podróży było Puerto Guadal.
Kierowcy ( jak każdego dnia ) mieli utrapienie z grupą, która co chwila chciała zatrzymywać samochód aby robić zdjęcia. 

                                

Jadąc postanowiliśmy odwiedzić jaskinię Cueva de les Manos, która znajduje się 56 km na południe od miejscowości Perito Moreno.
Najpierw otrzymaliśmy kaski.
Wszyscy wyglądali profesjonalnie...
Jaskinia jest zawieszona nad pięknym wąwozem. W dole jest zielono i płynie rzeka.
 Ok. 13000 - 9000 lat temu mieszkali w niej ludzie. Z tego okresu pochodzą malowidła ścienne, które po sobie pozostawili. 
W pierwszej chwili uwagę przykuwają kolorowe dłonie.
Po chwili są widoczne sceny opisujące ich życie. 
Niesamowitym jest to, że rysunki są oryginalne i nigdy nie były poddawane jakiejkolwiek konserwacji! 
Ciekawe, co po naszych czasach, zastaną potomni za 13000 lat...

wtorek, 14 listopada 2017

Przewrotne Cerro Torre i przewrotna historia jego zdobycia.

Przybywamy do miejscowości El Chaltén, która znajduje się w północnej części Parku Narodowego Los Glaciares. Tutaj rozpoczynamy nasz trekking ( o łatwym stopniu trudności) do Lago Torre. 
Szczęście nadal nas nie omija- mamy słoneczną, bezwietrzną pogodę. 
Wędrówka jest fantastyczna. Trasa i widoki są bardzo zróżnicowane. 
                        
                                Fot. M. Mering

Widzimy jeden z najpiękniejszych szczytów górskich na Ziemi: Fitz Roy. 
Mamy rzadką okazję widzieć go w pełnej krasie. Zwykle spowija go gęsty wieniec chmur i dlatego też nazywany jest Dymiącą Górą. Jest to najwyższy szczyt Patagonii ( 3402 m n.p.m.) pierwszy raz został zdobyty w 1952 roku przez Lionela Toya i Guida Manione. 
        Nie bardzo zmęczeni docieramy do górskiego jeziora otoczonego kamiennym brzegiem. Widok na Cerro Torre i towarzyszące mu iglice odbiera nam mowę. 
Przysiadamy na kamieniach i w niemym zachwycie podziwiamy ten cud natury. Jest to najpiękniejszy szczyt jaki widziałam. 
Cerro Tore ma wysokość 3133 m n.p.m. i jest jednym z najtrudniejszych szczytów do zdobycia na świecie, ze względu na zmienną pogodę, oraz budowę ściany zachodniej, która ma wysokość 2000 metrów. Jego niezwykłej urodzie towarzyszy niezwykła historia jego zdobycia, która do dziś jest nierozwiązana. W 1959 roku zdobywali go Włoch Cesare Maestri i Austriak Toni Egger, który zginął na tej wyprawie. Zdobycie szczytu zostało zakwestionowane. W odpowiedzi Maestri, w 1970 roku, wrócił na Cerro Torre ze sprężarką. Przy jej pomocy, na południowo-wschodniej ścianie zamocował 400 haków, które pomagały następnym wspinaczom. Świat alpinistyczny złośliwie nazwał trasę Drogą Sprężarkową. W 2012 roku dwaj Amerykanie usunęli haki, ale zostawili wiszącą sprężarkę. Ich działalność spotkała się również z krytyką środowiska alpinistycznego. Życie potrafi być przewrotne!
       Po krótkim odpoczynku decydujemy się znaleźć bliżej tej niesamowitej góry i towarzyszącym jej szczytom. Maszerujemy osypującym się kamiennym, wysokim zboczem do Mirador Maestri. 
Co kilka chwil słyszymy huk i odgłosy schodzącej lawiny. Od czasu do czasu zatrzymujemy się na sporych głazach.

Zalegamy tu na trochę..
                        
Widzimy lodowiec, który u stóp Cerro Torres, schodzi do jeziora. Wygląda jakby był posypany cynamonem. Dlatego nazywamy go cynamonowym. 
Dochodzimy do celu podróży. Odkrywamy niebieskie jeziorko. 
Słyszymy jęki lodowca i widzimy schodzące lawiny. Nad tym wszystkim góruje okryta śnieżną czapą iglica Cerro Torre. 
Dzięki słonecznej pogodzie wszystko się skrzy w przeważających kolorach błękitu i bieli. Musimy wracać. Niestety nikt z nas nie umie zatrzymać upływającego dnia, a chętnie posiedzielibyśmy tutaj jeszcze kilka godzin.....


niedziela, 12 listopada 2017

Gaucho- kiedyś sposób na życie, dziś wykonywany zawód ( Patagonia Argentyna)


Piękna droga z El Calafate do El Chalten nie zapowiadała spektakularnych zdarzeń. 
Około południa zobaczyliśmy spore stado krów pędzone przez jeźdźców, którzy w tym regionie nazywają się gaucho. 
Pozdrowili nas zawołaniem "Viva Patagonia!". 
My również wiwatowaliśmy na ich cześć. 
Przed nami był wąwóz, który prowadził do rzeki.  Okazało się, że stado powinno skręcić w dół wąwozu, żeby brodem przejść na drugą stronę rzeki. 
Gaucho mieli do pomocy grupę psów, która nieustannie krążyła wokół stada pilnując, aby żadna krowa nie oddaliła się w nieznane. 
Każda uciekinierka była błyskawicznie dopadana przez psy, okrążana i sprowadzana. Niestety dotkliwie przy tym gryziona. 
Nie wiedzieć czemu, krowy za żadne skarby nie chciały zejść do wąwozu!
Kilka razy przechodziły z jednej krawędzi na drugą, ale za każdym razem udawało się im ominąć gaucho i psy.
Część naszej dzielnej grupy zaproponowała pomoc.
Poleciałam w skórzanych balerinkach. ( Tego dnia nie planowaliśmy żadnych przejść) Jeden z gaucho złapał się za głowę widząc mnie wskakującą w ostre
krzewy. Rzeczywiście nie było to mądre... Ale najważniejszy był teraz cel!
Zagradzając stadu drogę, z resztą grupy, nieśmiało się zastanawiałam czy moja czerwona bluza rozsierdzi, czy przestraszy rogate stwory, które napierały na nas. Darliśmy się na całe gardło. Miedzy nami jeździli gauczo, biegały przejęte psy i przestraszone krowy. Istny szał. Pokrywał nas kurz, a w nogi wbijały się ciernie. 
W końcu udało się! Stado wreszcie skierowało się w dół ku rzece. 
Radość była krótka, bo zamiast przejść rzekę brodem, stado skręciło w prawo i kilkadziesiąt metrów dalej zaczęło wchodzić do wody. Nie było to mądre, albowiem w tym miejscu było zakole rzeki. 
Było tu głęboko i był bardzo szybki nurt. Niektórym krowom udawało się przedrzeć na wysepkę, inne porywał silny prąd. W tym miejscu wyjście z wody było bardzo trudne. Te, którym się udało wyjść ponownie wchodziły do wody i porywał je nurt. 
Psy, z pełnym poświęceniem, rzucały się za stadem do wody chcąc zaprowadzić porządek.
Trzeba przyznać, że przeobrażenie, przez nas, chwilowo w gaucho, było niesamowitym doświadczeniem. 
Kiedyś gaucho przemierzali tereny za dziko żyjącymi końmi i krowami. Żyli pod błękitnym niebem ciągle się przemieszczając. Rozwijająca się cywilizacja ograniczała ich wolność i spychała na południe. 
Dziś prowadzą tryb życia osiadły. 
Świat się zmienia, a gaucho wyglądają niezmiennie romantycznie: na koniu, w beretach i z towarzyszącymi psami.... 
             Fot. E. Karpierz

piątek, 10 listopada 2017

Park Narodowy Los Glaciares- następny cud Patagonii (Patagonia Argentyna)


W Paso Rio Don Guillermo przekroczyliśmy granicę i z powrotem znaleźliśmy się w Argentynie. Dojechaliśmy do El Calafate- zadbanego, turystycznego miasteczka.
Znajdują się tu liczne sklepy i restauracje. Zaskoczyły nas sklepy ze świetnym wyposażeniem turystycznym. 
Zatrzymaliśmy się w Calafate Hostel skąd, następnego ranka, wyruszyliśmy na trekking po lodowcu Perito Moreno. 
Rano wiał silny, lodowaty wiatr. Założyliśmy większość rzeczy jakie mieliśmy w walizkach. 
Pierwsi wjechaliśmy do Parku Narodowego Los Glaciares, który w 1982 roku został wpisany na listę światowego dzidzictwa. 
Zostawiliśmy samochody i wsiedliśmy na niewielki stateczek. Wiatr nie dawał za wygraną. Współczułam lekko ubranym pasażerom, którzy byli, z nami, na pokładzie. 
Kiedy dopłynęliśmy na miejsce przejęli nas przewodnicy. 
Każdemu z nas założono raki. 
                              
                                         Fot. E. Karpierz

Pokazano nam w jaki sposób poruszać się po lodowcu. Każdą grupę prowadziło dwóch przewodników. 
         Fot. E. Karpierz

Lodowiec Petro Moreno jest najszybciej przesuwającym się lodowcem na świecie (2,6 m/dzień). Zachowany jest balans pomiędzy przybywającą i rozpuszczającą się masą lodu. Dzięki temu jest jednym z nielicznych lodowców, którego powierzchnia całkowita nie ulega zmianie. Wynosi ona sto dziewięćdziesiąt pięć kilometrów kwadratowych. Lodowiec jest położony na niewielkiej wysokości- ok. 150 metrów!
Maszerowanie było absolutnie kosmicznie! 
          Fot. E. Karpierz

Na białych wzgórzach kładły się błękitne cienie, które zmieniały swoje kształty.
Byliśmy, tego dnia, pierwszą grupą i przewodnicy musieli wyrąbywać przejścia.
                               
                                        Fot. T. Nazaruk

Trzeba było stąpać ostrożnie, żeby nie wpaść w błękitną dziurę, która mogła mieć kilkadziesiąt metrów głębokości. 
W pewnym momencie zobaczyliśmy drewniany stolik, a na nim szklaneczki i whisky! 
                               
Zaskoczenie było ogromne. Picie whisky z kawałkami lodu z lodowca było prawdziwą przyjemnością (szczególnie dla panów!).
Ja nie przepadam za tym trunkiem, ale wypić było mus!!!
Po trekkingu usiedliśmy na półwyspie i jedząc posiłek delektowaliśmy się widokiem cielącego się lodowca. Odrywanie warstw lodu z czterdziestometrowej ściany było widokiem nieprawdopodobnym!!
Nie chcieliśmy odjeżdżać, ale mieliśmy w planie obejrzeć lodowiec z drugiej strony gdzie ściana czoła lodowca wynosi 80 metrów. I nie zawiedliśmy się! 
Lodowiec cały czas głośno mruczał. Gdzieś w środku słychać było walące się warstwy lodu. A na zewnątrz od czasu do czasu cieliło się czoło lodowca. To była magia....
Wjechaliśmy do parku pierwsi i wyjechaliśmy ostatni. I co mam powiedzieć?
Warto było!!!!

czwartek, 9 listopada 2017

Pożegnanie z Parkiem narodowym Torres del Paine ( Patagonia Chile)


Trzeciego dnia park ponownie rozpieszcza nas niesamowitymi widokami i piękną pogodą. 
Wiosna rozsiada się tutaj na dobre. Zielone przestrzenie pokrywają się kwiatami. 
W kryształowym powietrzu widzimy ośnieżone góry odbijające się w tafli jeziora.
"Strażnikami" porządku w parku są wszechobecne guanako. 
Bez pardonu przechodzą drogę. 
Kierowcy muszą zachować wzmożoną czujność. 
Wzrost populacji tych zwierząt stał się poważnym problemem.
Władze parku zastanawiają się o wydaniu zgody na kontrolowany odstrzał.
Pięknie pozujące guanako żegnają nas, kiedy opuszczamy park. 
To miejsce pozostanie w naszych sercach.

poniedziałek, 6 listopada 2017

Torres del Paine- widok dla ludzi o mocnych sercach (Patagonia Chile)


      O 9 rozpoczynamy nasz trekking na Mirador de las Paine. 
Czeka nas do przejścia ponad 21 km. 
Nie niebie panuje błękit i nie ma wiatru. Podobno idealnych dni pogodowych w  Patagonii jest ok. dziesięć! Tutaj zwykle albo wieje, albo pada, albo wieje i pada jednocześnie. Słońce pojawia się po to aby błyskawicznie  zajść za chmury i czekać aż skończy się deszcz. Mimo przepięknej pogody i dobrej prognozy na cały dzień jesteśmy przygotowani na raptowne załamanie pogody.
Podczas wędrówki robi się naprawdę gorąco. Zbędne części garderoby upychamy do plecaków. Trasa jest przepiękna. 
Podczas wędrówki nasz grupa rozciąga się i tworzy jedno lub dwuosobowe zespoły. Idąc słyszymy jak jeden z przewodników prosi swoją kilkunastoosobową wycieczkę, aby nikt samodzielnie nie oddalał się od grupy. Żyjące, na tym terenie, pumy są bardzo niebezpiecznymi myśliwymi, więc lepiej nie zostać posiłkiem jednej z nich... 
Robi nam się trochę nieswojo. Czekamy na idącą za nami koleżankę. Po sformowaniu trzyosobowej, babskiej grupy idziemy utwierdzone w przekonaniu, że zaopatrzone w kije trekkingowe damy radę nie jednej pumie.... Na męską część nie możemy liczyć, albowiem pognała rączo przed nami. 
Szybko kończy nam się woda, ale z tym nie ma problemu. Znajdujemy się w jednym z najbardziej czystych rejonów świata, gdzie picie źródlanej, zimnej wody jest mega przyjemnością. 
Trzy czwarte trekkingu przebiega pod górę na zalesionym terenie wzdłuż wodospadów i rzeczek. 
W pewnym momencie dróżka trekkingowa przybiera skalny charakter. Niekiedy trzeba się wspinać po sporych skałach. Kiedy przechodzimy ten karkołomny odcinek czeka nas następna niemiła niespodzianka:  gołoborze na dosyć stromym zboczu. 
Pokonanie ostatniego odcinka odbywa się w pełnym słońcu. 
Zazdrościmy powracającym turystom i rozpoczynamy atak ostatniego etapu...
              Fot. T. Nazaruk

Docieramy wykończone aby zobaczyć spektakularny widok trzech kamiennych wież: Torres del Paine! U ich stóp rozłożyło się jezioro, na którym unoszą się resztki gór lodowych. 
Widok zapiera nam dech w piersiach. 
                                  
Dobrze, że żadne z nas nie dostało zawału! Błyskawicznie mija nam zmęczenie. Spędzamy tu wszyscy ponad godzinę jedząc posiłek i delektując się atmosferą miejsca.  
Tu jesteśmy bliżej nieba"