poniedziałek, 2 września 2024

„Dziki zachód” wciąż istnieje! (Kanada)

Przez przypadek znaleźliśmy się w miasteczku jak z westernu! Przemierzając okolice Walhichi zobaczyliśmy stare, drewniane zabudowania.



 Natychmiast skręciliśmy w szutrową drogę i znaleźliśmy się w Ghost Town  (Miasto Duchów).  Za niewielką opłatą mogliśmy zwiedzać niezwykłe miasteczko. Właściciel terenu powiedział, że możemy się szwendać gdzie chcemy, ale musimy być ostrożni przy żółtym samochodzie i lepiej nie oglądać z bliska płyt nagrobnych. Znajdują się one w suchych trawach gdzie gnieżdżą się grzechotniki! 




Po tej informacji  nasze ruchy się zagęściły i żadne z nas  nie schodziło z drewnianych podestów. W miasteczku można było iść do dentysty, fryzjera czy zrobić sobie zdjęcie. 


 


                                         

W saloonie, nad barem wisiała rozciągnięta skóra grzechotnika. 



Oglądaliśmy ostrogi zawieszone na ścianie domu i różne sprzęty gospodarcze. 



Brakowało nam jednego elementu, który naszą wizytę uczyniłby kompletną: pojedynku rewolwerowców na zakurzonej drodze! 






poniedziałek, 26 sierpnia 2024

Morderczy trekking w Banff National Park ( Kanada)


Wyjeżdżamy do Banff National Park o 7.00, zaopatrzeni w ciepłe picie, jedzenie i specjalny gaz na niedźwiedzie! Mamy nadzieję na wjazd, na parking gdzie możemy rozpocząć trekking. Mimo wczesnej pory wszystko jest nabite. Musimy zjechać ponownie do pierwszego parkingu. Mamy wykupione bilety (5 $) na autobus parkowy, ale dopiero na 13.00. Nie zadowala nas to absolutnie, albowiem mamy w planach trekking ok 20 km po górach. Decydujemy się na prywatny transport (45$). Dzięki temu zaczynamy iść o godz. 9.15. Jest + 5 stopni. Zaczynamy maszerować w bieliźnie narciarskiej i puchówkach. 


Ruszamy przy przepięknym jeziorze lodowcowym Louise. 


                                      


Mijamy tłumy ludzi. Im dalej maszerujemy, tym ludzi jest mniej. Ku naszemu pozytywnemu zaskoczeniu sporo wędrowców idzie z psami. Po godzinie chowamy kurtki, a następnie resztę ciepłych rzeczy. Słońce zaczyna grzać i widoczność jest fantastyczna. 


  

 Dochodzimy do jeziora Mirror. 

                                      


Okoliczności przyrody powalają na kolana! Jesteśmy trochę zmęczeni ciągłym podchodzeniem pod górę, ale karawana musi iść dalej.. Orientujemy się, że butle na niedźwiedzie zostały w samochodzie! Wspinając się mijamy pojedyncze osoby. “Podczepiamy się “ się do pary, która ma butlę z gazem na misie.

Docieramy do jeziora Agnes. 


                                         


Jak wszystkie jeziora lodowcowe jest niezwykłej urody. 



Spędzamy tu krótką chwilę, aby unormować oddech i idziemy dalej (oczywiście pod górę!).

 Po pewnym czasie otwiera się przed nami niesamowity widok. 



To jezioro Louise skrzy się turkusem! Zasiadamy na skałach i mrużąc oczy od blasku wody i wyjadamy żarcie z plecaków. Jest cuudnie! 



Niestety trasa wzywa! Zaczynamy kontynuować naszą wspinaczkę. 

Docieramy do podnóża lodowca gdzie robimy kilka zdjęć i możemy rozpocząć wędrówkę w dół nad jezioro Louise. 

Widoki są wspaniałe, a my wręcz fruniemy z radości, że skończyliśmy wspinaczkę!

Przewidywany czas zejścia na parking to ponad 2 godziny. Dajemy radę zbiec w półtorej. Błyskawicznie wsiadamy do autobusu. Przejeżdżamy nad jezioro Moraine. Niestety zaczyna lać. Wokół nas pojawiają się flamingi:).



Robimy krótkie przejście brzegiem jeziora i zarządzamy odwrót do domu. 



Zamawiamy po drodze żarełko na wynos, aby wieczorem zasiąść po morderczej, ale świetnej, górskiej wędrówce.


poniedziałek, 19 sierpnia 2024

Szalony rafting na rzece Kicking Horse (Kanada)

Po wczesnym śniadaniu, pełni entuzjazmu wyruszamy na rafting rzeką Kicking Horse! Poziom trudności 4+ (najwyższa to 5). Organizacją naszego spływu zajmuje się firma Wild Water i trzeba przyznać, że robią to profesjonalnie i z wielką dozą humoru! Otrzymujemy pełen ekwipunek. Po krótkim szkoleniu zostajemy sprawdzeni, czy mamy prawidłowo zapięte kamizelki ratunkowe i kaski. 



Teraz pozostaje nam pokonanie lodowatej rzeki (+5). Temperatura wody, cały rok, jest zimna, albowiem zasilana jest wodą z lodowca. W naszym pontonie jest osiem osób: Sternik Simon, trójka z Pensylwanii i nasza czwórka. 



 I tak rozpoczynamy naszą przygodę na Kicking Horse! Ja z Moniką płyniemy na przodzie pontonu. 



Szybko się dowiadujemy co oznacza “zbieracz fal “! Co chwila zalewają nas hektolitry wody. 




Woda nie pozostawia na nas suchej nitki, wdziera się wszędzie. Ja usiłuję to szaleństwo filmować.  Wychodzi mi to słabo. Po pokonaniu najtrudniejszego odcinka Simon przenosi nas na tył pontonu. 



Rzeka cały czas nie daje za wygraną i przód pontonu co chwila znika pod wodą!



Po półtorej godzinie docieramy do mety, gdzie ładujemy sprzęt na samochód. Zachwyceni wracamy do bazy. Tutaj, w ogrzewanych przebieralniach, zakładamy suche ubrania. Na koniec czeka gorąca kawa z czekoladą i mlekiem!!!  Zachwytom nie ma końca..




środa, 14 sierpnia 2024

Welcome to Canada


Tym razem wybór padł na Kanadę. Całą organizacją wyjazdu zajęli się nasi przyjaciele: Monika i Tomek! 

Przed wyjazdem uznaliśmy, że nie ma sensu kłaść się spać, bo na lotnisku musieliśmy się stawić o 3.30. Po kilkunastu godzinach (z przesiadką w Amsterdamie) wylądowaliśmy w Calgary. 

Tutaj błyskawicznie zrzuciliśmy toboły w wynajętym domku i od razu stawiliśmy się na zwiedzanie miasta z przewodnikiem (okazał się niezwykle energicznym młodym facetem).

    Miasto zaczęło powstawać pod koniec XIX wieku (prawa miejskie uzyskało w 1894 roku). Zawdzięczało szybki rozwój dzięki budowie Kolei Transkanadyjskiej i odkryciem złóż ropy naftowej. 

Spore wrażenie wywarła na nas ulica bankowa.



 Budynki dawno temu zmieniły swoje przeznaczenie. Obecnie znajdują się tu bary, restauracje i nawet fitnes. Fasady budynków nie zostały zmienione, a we wnątrz większość zachowała swój stary charakter. 

Przed frontami królują liczne stoliki restauracji. 

Odwiedziliśmy Bank&Baron. 


  


Restauracja zachowała charakter wnętrza.



 W podziemiach można zobaczyć zachowaną kasę pancerną banku ( niczym w filmie Vabank!). 



Minęliśmy postać konia, który dwadzieścia lat temu pojawił się na ulicy, nie wiadomo po co i dlaczego i stoi tak do dzisiejszego dnia.



Odwiedziliśmy Calgary Tower, która mierzy 191 m. Kiedy powstała była najwyższa w mieście. 



Przez lata powstały wznoszono wokół budynki , wyższe i bardziej okazałe.



Zdumiewały nas różnorodne pomniki i rzeźby.

Nie mogliśmy zapomnieć o Olympic Plaza gdzie miały miejsce ceremonie olimpijskie w 1988 roku.

Brak snu przez dwie doby zaczął sygnalizować zasypianiem podczas marszu! Ostatkiem sił przeszliśmy po rozświetlonej i roztańczonej ulicy.



I udaliśmy się w objęcia Morfeusza.


czwartek, 15 lutego 2024

Narty i poszukiwanie zorzy w Finlandii



      Kiedy znajomi dowiedzieli się o naszym wyjeździe, na narty, do Finlandii stukali się w czoło i radzili wziąć biegówki. 

        W pakowaniu skupiliśmy się na zabraniu super ciepłych rzeczy, bo czekały nas ponad trzydziestostopniowe mrozy. 

         Późnym wieczorem wylądowaliśmy w Kittili. Sekundę po wyjściu z samolotu czułam jak krew zamarza we wszystkich członkach( do budynku lotniska szliśmy piechotą). Z dużym podziwem patrzyłam na kobietę, która miała spodnie przed kostkę i adidasy na gołe nogi. Mogłam założyć się o wszystkie pieniądze świata, że następnego dnia jej outfit zostanie gruntownie zmieniony.

         Nasz apartament był w lesie niedaleko wyciągów.



Znajdowaliśmy się na terenie Levi Ski Resort. Rano wypożyczyliśmy sprzęt w gigantycznej, świetnie zorganizowanej wypożyczalni. Zaopatrzeni w mapki tras ruszyliśmy na stok. 


Jeżeli ktoś z nas myślał, że ubrał się za ciepło, to w kilkanaście minut dowiedział się, że w Levi nie istnieje powiedzenie: „za ciepło”. 
Bez maski na twarzy nie można było wychylić głowy z budynku. Posiadanie maski nie rozwiązywało problemu całkowicie. Dokładne zakrycie twarzy implikowało błyskawiczne zamarzanie gogli od wewnątrz ( ja miałam dwumilimetrową warstwę lodu). Jeździłam za rozmazanymi postaciami, żeby nie wylecieć z trasy. 

Po dwóch godzinach zrobiliśmy przerwę żeby rozmrozić maski i wszystkie palce. Zakupiłam rozgrzewacze  do rąk i nóg dla wszystkich. Ten zakup uratował nam życie przez cały pobyt. Rozgrzewacze firmy Grabber wkładaliśmy rano w buty i rękawiczki, i mieliśmy ciepło cały dzień! Maski musieliśmy troszkę obniżyć żeby oddech nie przedostawał się do gogli, gdzie zamarzał w kilka chwil. Dobrym pomysłem było naklejanie plastrów na odkryte części policzków i nosa!

Na stokach były knajpki i zamknięte szałasy z rozpalonym ogniem (można tam było siedzieć przy ognisku i piec kiełbaski), a Finowie mieli napitki, którymi częstowali innych narciarzy. 



Resort Levi Ski ma ok 110 km tras niebieskich, czerwonych i 3 czarne. Wszystkie były fantastycznie przygotowane.



 Było mało narciarzy i na żadnej trasie nie było lodu!!! Od rana do wieczora jeździliśmy po tzw sztruksie. Moją ulubioną trasą stała się czarna trasa G2. Była klasy dobrej czerwonej w Austrii. Można tu było się nieźle wyżyć, a nie jak często bywa w Austrii czy we Włoszech walczyć o życie na lodzie. 

Po dwóch dniach chmury się rozstąpiły i słońce wzięło krainę w swoje posiadanie.



Chatka Św Mikołaja (w środku są urocze mebelki i zapakowane prezenty)
                           

Musieliśmy przyznać, że naszym oczom ukazały się najpiękniejsze krajobrazy zimowe jakie kiedykolwiek widzieliśmy! 



Zachwytom nie było końca. 




Wykończeni zjawialiśmy się w apartamencie ok 18 ( można tu jeździć po zmroku, bo trasy są oświetlone). 



Po kolejnym ciepłym posiłku obserwowaliśmy, w internecie, czy jest szansa na zobaczenie zorzy. Jak była- ubieraliśmy się we wszystko co mieliśmy ( nie zapominając o rozgrzewaczach! ). Zaopatrzeni w gorące kakao, latarki nagłowne, aparaty fotograficzne i telefony wyruszaliśmy na poszukiwanie zorzy ok. 21.30. 



I opłaciło się stokrotnie. Podczas pierwszego przemarszu mieliśmy już dość i zamierzaliśmy ogłosić odwrót kiedy w telefonach zobaczyliśmy zieloną poświatę ( my początkowo jej nie widzieliśmy) . Po około 20 minutach zorza pokazała się w pełnej krasie! 



Byliśmy zachwyceni, a ja wiedziałam, że to nie jest nasze ostatnie łowienie zorzy i przyjdzie mi znowu zmarznąć. 

Na drugi dzień była szansa zobaczyć zorzę na wzgórzu niedaleko nas. Niestety przejście lasem w kopnym śniegu było ryzykowne, więc zamówiliśmy taksówkę, która drogą biegnącą wokół góry zawiozła nas na miejsce. Na górze była potężna wichura, która ograniczała widoczność. Widzieliśmy zorzę, ale śnieg unoszony przez wiatr utrudniał robienie zdjęć. Po kilku minutach została tylko nasza rodzinka. 



Wiatr się wzmagał, a mróz dawał solidnie w kość. Po godzinie mieliśmy dość. Czas było zamówić taksówkę. Niestety aplikacja nie reagowała…. Schowaliśmy się w pobliskiej, zamkniętej knajpie. 



Nadal nie mogliśmy zamówić taksówki. Nagle zobaczyliśmy nadjeżdżający autokar. Turyści wychynęli na chwilkę i biegusiem wracali na swoje ciepłe miejsca. Wykorzystaliśmy ich przyjazd i zapytaliśmy kierowcę, czy możemy pojechać z nimi do miasteczka. Tam mogliśmy zamówić transport do domu. 

Uzyskaliśmy zgodę i weszliśmy do nagrzanego autokaru. Kierowca odwiózł grupę do hotelu, a nam zaproponował podwózkę pod nasz dom! I jak tu nie wierzyć w ludzi!