niedziela, 20 kwietnia 2014

Polska Wielkanoc na Nowej Zelandii


Jeśli ktokolwiek mógł sądzić, że nie będziemy obchodzić Świąt Wielkanocnych na Nowej Zelandii to był w absolutnym błędzie.
 NZ świętuje z tej okazji w piątek. Wszystko tego dnia jest pozamykane i od piątku do poniedziałku (mimo, że sklepy od soboty są znowu otwarte) nie można kupić żadnego alkoholu. 
W piątek nasz camper był główną ( i sądzę jedyną) siedzibą w tym kraju malowania pisanek. 
 
Wyobraźnia nasza nie znała granic. 
W niedzielę zatrzymaliśmy się w uroczym miejscu nad wodą. 

Na stole puszyły się dumnie kolorowe jajka.
Nawet mieliśmy pseudomazurka! 
Można? Można!

czwartek, 17 kwietnia 2014

Pierwszy dzień w Nowej Zelandii- a już jest nieźle


Nieliczni rdzenni mieszkańcy mieli możliwość ujrzeć kiwi- to czarujące zwierzątko na wolności. Przejeżdżając przez Otorohanga ujrzeliśmy drogowskaz z napisem Kiwi House. Oczywiście pognaliśmy tam w nadzieji ujrzenia tego cuda. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że są różne kiwi. Różnią się wielkością i upierzeniem. Niezwykły nielot jest bardzo przyjazny ludziom i jest to jeden z powodów, dla których przez człowieka został gatunkiem zagrożonym. Prowadzi nocny tryb życia i dlatego dzisiaj jest właściwie niemożliwym natknąć się na niego na wolności. W Kiwi House mają stworzoną, za dnia, atmosferę nocy. Łazi sobie taki spokojnie, kompletnie nieprzejmując się nami. Stoimy jak zaczarowani z rozdziawionymi gębami. Są urocze! Najbardiej urokliwa jest samiczka ważąca ok. 2,6 kilograma. Niestety jest zbyt ciemno, żeby zrobić zdjęcia, a flesz ze zrozumiałych względów jest zabroniony. Szkoda wielka, ale nigdy nie zapomnę tego cudownego stworzonka. W końcu musimy opuścić to niezwykłe miejsce.
Następnym naszym celem jest naturalny, kamienny most , który powstał z częściowego zawalenia się ogromnej groty. 
                                    
Aby dostać się do niego musimy piechotą pokonać drogę w zielonych tunelach. Mamy wrażenie, że jesteśmy w zaginionym świecie!
                                    
Podsumowaniem naszego długiego dnia jest odwiedzienie wodospadu, nieopodal którego mamy zamiar spędzić noc. 
Szum słychać z daleka. Spadająca woda tworzy wokoło tajemniczą mglistą atmosferę. Oczywiście staramy się podejść jak najbliżej. Dzięki czemu jesteśmy kompletnie mokrzy. 
Ale warto było! 
Idziemy wreszcie do campera gdzie zjemy i pójdziemy spać. Nie zdziwię się jak coś się tu niezwykłego w nocy przydaży...

wtorek, 15 kwietnia 2014

Podróż bez końca..


Szesnastogodzinny lot z Dubaju do Sydney przebiegł w luksusowych warunkach. Było kilka miejsc wolnych. W związku z tym nasza grupa błyskawicznie się przeorganizowała i lecieliśmy wygodnie w pozycji leżącej! 
                                   
Niektórzy zabrali ze sobą niezwykłe elementy wspomagające dobry sen. 
Po kilkunastu godzinach wyspania i najedzenia ( tym razem liniom Emirates nie można było niczego zarzucić) na godzinnym postoju w Australii byliśmy wypoczęci i w świetnych nastrojach. Mimo nieciekawych prognoz pogody Auckland przywitało nas słońcem. Po dłuższym oczekiwniu na lotnisku udało nam się dotrzeć do wypożyczalni camperów gdzie odebraliśmy nasz nowy dom. 
Teraz mogliśmy zakrzyknąć: witaj Nowa Zelndio!

niedziela, 13 kwietnia 2014

Lot w nieznane


Czy znacie ten dreszcz emocji, który towarzyszy każdej wyprawie? Lecimy do Nowej Zelandii. Kraju tajemnicy i wielu obietnic. Jak będzie? Nie mam pojęcia, ale mam nadzieję, że nie będzie nudno!
Na razie rozrywkę zapewniają nam ( podobno najlepsze na świecie) linie lotnicze Emirates. Co chwilę mamy informacjię od obsługi, że czegoś brakuje. Brakuje soków, wszyscy muszą jeść kurczaka z polentą bo inne dania się szybko skończyły, na kawę czekaliśmy ponad godzinę. W samolocie jest zimno jak w psiarni. No cóż te linie nas nie powaliły i nie będę jakoś specjalnie szukać ich połączeń lotniczych.
Wieczorem lądujemy w Dubaju. Do rana jest kilka godzin, więc mamy czas na zwiedzanie miasta. 
Dubaj jest miastem bez historii ( bo jak może mieć historię miasto które funkcjonuje od ok. 25 lat?
Wszystko jest tu największe, najwyższe, najpiękniejsze, najnowocześniejsze.
                                       
Wyobraźnia architektów nie zna żadnych ograniczeń ( finansowanie projektów też takowych nie posiada).
                                           
Miasto w 90% składa się z hoteli i biurowców.
W hotelu Atlantis ozdobą jest ogromne oceanarium!
 Nie jedno duże ZOO w Europie marzy o takim!  Pływają tu setki ryb: różnej maści rekiny, manty, ogończe, tuńczyki i wiele innych.
 Jesteśmy w szoku, że coś takiego może być w hotelu! No cóż to Dubaj!
Nad ranem wracamy do hotelu. Mamy 3 godziny na sen bo lecimy dalej: Auckland na Nowej Zelandii!

sobota, 12 kwietnia 2014

Barcelona by night..

Barcelona by night..
Ilość klubów, kawiarenek, restauracji i nie wiadomo czego jest w tym mieście oszałamiająca. 
Pora kolacji zaczyna się ok. 21. Wtedy restauracje zapełniają się na maksa. 
Można wędrując uliczkami wybrać miejsce, które nam odpowiada. Praktycznie wszędzie najemy się "po kokardę" i jedzenie jest pyszne, choć ceny przy głównych ulicach są wyższe "pod turystów".
Ci którzy mieszkają w Barcelonie wiedzą gdzie znajdują się maleńkie, niedrogie knajpki, w których tanio podają tonę pysznego jedzenia. Takim cudem jest w małym zaułku meksykańska restauracyjka Rosa del Raval. Przed wejściem zawsze stoi grupa oczekująca na wolne miejsca. Na szczęście bywalcy zarezerwowali nam stolik. Wystrój jest taki sobie. Za to jest fajna, luźna atmosfera. Żarcie jest super.
                       ( pierwszy raz piję truskawkowe mojito! Pychota!)

Ok 2 w nocy ruszają kluby i dyskoteki. Wtedy można zobaczyć (jak u nas w komunie) długie kolejki. Z tą różnicą, że nie stoi się tu po mięso, ale po nocne szaleństwa. 
W Hiszpanii funkcjonuje szereg ukrytych klubów, o których przeciętny turysta nie ma pojęcia. Tak też jest w Barcelonie. Wejście do takiego klubu nocnego może być np. przez pralnię, sklepik spożywczy, albo znajdować się na zwykłej mieszkalnej klatce.
 Moja córka ma wejściówkę do jednego z takich klubów!?? Pokonując dziwne schody docieramy do jednego z tajemnych miejsc. Wchodząc do środka rozglądam się uważnie spodziewając się niezłej speluny. Po kilku sekundach jestem absolutnie oszołomiona ( nie uczynił tego alkohol). Znajdujemy się w sporym mieszkaniu. 
Pub ma raczej charakter intelektualny-wysokie zdobione sufity, stare meble, bilard w jednym pokoju, przytłumione światło. Przy wejściu wita gości ochroniarz, a po nim barman stojący za wielkim drewnianym kontuarem. Słychać muzykę i gwar. Po kontach obściskują się pary. Nie ma żadnej burdy. Wszyscy są uśmiechnięci. Niezły ten nocny klubik...

środa, 9 kwietnia 2014

Girona - niezwykła


Dziś udajemy się samochodem do osławionej Girony oddalonej od Barcelony niecałe 100km. Naszym celem jest oczywiście najstarsza część miasta. Oznaczenia parkingu są trochę niejasne więc dłuższą chwilę kręcimy się w kółko mijając co chwila te same miejsca. Po zaparkowaniu nasze kroki kierujemy do katedry de Santa Maria.
                                       
 Katedra ma najszerszą gotycką nawę w Europie. Wygląd zewnętrzny budynku robi na nas duże wrażenie, a wnętrzne zwyczajnie powala na kolana. Ogrom przestrzeni w środku jest niesamowity. Mamy szczęście widzieć jak promienie zachodzącego słońca wpadają przez kolorowy witraż i oświetlają ołtarz.

    
Ta gra świateł jest w absolutnej opozycji do surowości wnętrza katedry. 
Maszerujemy oczywiście średniowiecznymi murami obronnymi. 
Widząc tę budowlę zaczynam rozumieć dlaczego miasto było niegdyś nie do zdobycia. 
Oprócz turystów, jak my, wszędzie można spotkać przesiadującą na murach młodzież. 
Pod murami obserwujemy gimnastykę na gumie rozciągniętej między drzewami. 
Wązkie uliczki z restauracyjkami i sklepikami, którymi wędrujemy do samochodu, dopełniają klimatu tego miasta. 
   
Rzeczywiście jest to niezwykłe miasto. 

wtorek, 8 kwietnia 2014

Kawałek raju w Europie


Niezbyt wcześnie dojeżdżamy do Cadaques. Na parkingu (z czerwoną nawierzchnią!) zostawiamy samochód i w poszukiwaniu Portlligat zwiedzamy miasteczko. Przycupnęło nad brzegiem morza i kokietuje nas spokojem i śliczną architekturą. 
Jest naprawdę fajnie. 
Idziemy pod górę wązką uliczką. Dochodzimy do Portlligat i naszym oczom, na jednym z budynków ukazują się dwie przytulone, srebrne głowy.
Domyślamy się, że jest to dom Salvadore Dali. Posiadłość słynnego artysty-wariata położona jest nad cudowną zatoczką.
Idziemy do kasy gdzie okazuje się jest niezbędna wcześniejsza rezerwacja! Mamy szczęście załapać się na ostatnie miejsca!  Za nami małżeństwo odchodzi "z kwitkiem". 
Posiadłość powstała z połączenia kilku domków. Przez co nie ma zamierzonego konkretnego planu architektonicznego. Pokoje znajdują się na wielu poziomach do których dochodzi się dziwnymi korytarzykami lub schodkami. 
Wszystko jest tu niezwykłe i ma niezwykłe kształty. 
Niestety w każdym pokoju znajdują się wypchane zwierzęta co jest absolutnie obrzydliwe! U wejścia wita gości niedźwiedź. 
W biliotece wszędzie są łabędzie i inne ptactwo. 
A w sypialni znalazły miejsce maleńkie koziołki!?
Zaprojektowano tu nawet "pokój rozmów" gdzie akustyka jest godna każdej opery. 
Widoki z okien zapierają dech w piersi.
A w ogrodzie można zapomnieć o problemach świata. 
Jest tu wiele zakątków gdzie można wyciszyć się absolutnie, a w innych szaleć ze znajomymi. 
Pomysł basenu też jest nietuzinkowy.
Nie każdy ma szczęście mieć własny raj na ziemi...


poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Lato pełną gębą


Barcelona mnie nie zawiodła. Ranek obudził nas słońcem i ciepełkiem. Udaliśmy się piechotą na Plac Hiszpański. 
Po drodze zjedliśmy pysznego gyrosa w arabskiej knajpce ( takie typowe śniadanie każdego Europejczyka).Tutaj wiechaliśmy windą na taras widokowy, który został zbudowany na koronie byłej areny gdzie odbywała się korrida.
                                          
 Z tarasu można podziwiać niezwykłą panoramę placu.
Na tarasie jest wiele knajpek gdzie można coś zjeść czy napić się piwa lub wina.
Słuszny podziw wszyskich wzbudzają niesamowite wodne kaskady przed Katalońskim Muzeum Narodowym Sztuk Pięknych.
Stąd udajemy się na naszą ulubioną górę Montjuic gdzie z twierdzy można, moim zdaniem, zobaczyć najlepszą panoramę miasta. 
Kolejką linową (Transbordador Aeri) przejeżdżamy nad portem i wysiadamy w Barcelonetcie gdzie na plaży zasiadamy z butelką białego wina i kiełbaskami.
Cudownie, na początku kwietnia, jest siedzieć nad morzem i patrzeć na kąpiących się wariatów. Dwóch facetów pogrywa sobie na gitarkach i jest wspaniale. Zwyczajnie czuć latem!

sobota, 5 kwietnia 2014

W poszukiwaniu wiosny.


Ostatnia zima w Polsce była słaba, a wiosna też nie spieszy się za bardzo z przyjściem. Przymrozki nocne i zimno mimo słońca dokuczyły nam trochę. 
Na szczęście wpadł mi do głowy pomysł ponownego odwiedzenia Barcelony ( przede wszystkim córki). Podróż zaczęła się sześciogodzinnym opóźnieniem. Lot dłużył się w nieskończoność. Na początku samolotu rozrabiała pijana grupa, a na końcu darły się małe dzieci ( pijani szczęściarze nie zwracali uwagi na płaczące dzieci). Wreszcie o 2 w nocy wylądowaliśmy w Barcelonie. Część pasażerów zerwała się z miejsc aby jak najszybciej opuścić samolot, a tu niespodzianka. Nie wyjechał po nas autokar! Stojącym z bagażami na rękach nie bardzo odpowiadało dwudziestominutowe oczekiwanie!
Wreszcie udało nam się wysiąść. Tu kolejna niespodzianka: przywitało nas zimno i wiatr! PORAŻKA!!!
Dobrze, że chociaż córka czekała z ciepłym uśmiechem! Do centrum dojechaliśmy nocnym autbusem. Mimo chłodu na ulicach o 3 nad ranem było pełno ludzi. 
                                    
Wszyscy uśmiechnięci i zadowoleni z życia. Przed dyskotekami stały tłumy- i to uwielbiam w tym mieście! A weekend ma być tu cieplutki...

czwartek, 3 kwietnia 2014

Podziękowaniom nigdy dosyć


Dzisiaj w Centrum Olimpijskim w Warszawie podsumowano dokonania naszych sportowców w Soczi. 
Uroczystości rozpoczęto zasadzeniem "Dębu Wolności". Za łopaty chwyciły nasze najwyższe władze i sportowcy. 
Bohaterowie z Soczi otrzymali  odznaczenia państwowe i premie finansowe.
No cóż, podziękowań nigdy nie za wiele!

środa, 2 kwietnia 2014

Przez przypadek


Bywając w wielu miejscach spotykam wiele osób. Często te spotkania owocują przyjaźniami na wiele lat.
Tak się stało kilka lat temu na Mykonos w Grecjii. Damska część załogi wróciła wcześniej do portu. Nie mogłyśmy się przedostać na naszą łódkę. Zapytałyśmy więc międzynarodową załogę sąsiedniej żaglówki czy możemy przejść przez ich pokład na naszą jednostkę. Panowie ochoczo wyrazili zgodę. Jak znalazłyśmy się w ich kokpicie błyskawicznie wyjechał szampan i zostałyśmy zaproszone na degustację trunku. Kiedy po dwóch godzinach zjawiła się męska część naszej grupy zabawa trwała w najlepsze! Zjednoczyliśmy siły i rozrabialiśmy w porcie do rana. Tego wieczoru poznaliśmy m.in. sympatycznego Greka Manosa. Zawiązała się między naszymi rodzinami wspaniała przyjaźń. Wczoraj do Polski przyjechała piękna córka Manosa- Evita. 
    Gościliśmy ją z wielką przyjemnością (szkioda tylko, że biedna musiała siedzieć pod dodatkowym grzejnikiem, gdyż nam był ciepło, a jej zimno!)
     
Spotkanie Manosa było przypadkowe, a serdeczna znajomość trwa lata.
Jak to nieraz przypadki rządzą światem...