piątek, 19 grudnia 2014

Sydney- miasto dla wszystkich


Nim ujrzeliśmy Sydney przywitała nas niesamowita linia brzegowa. Poszarpane brzegi wrzynały się w morze, które bezlitośnie je atatkowało. 
                                         
Miasto liczy ok 5 mln mieszkańców. Centrum to wysokie handlowo- biurowe budynki. 
                                         
Wszędzie wciska się tu zieleń. 
A w parkach, które znajdują się pomiędzy wieżowcami, buszują nocami oposy. 
Te cudne, nieduże torbacze nie boją się ludzi.
Mimo zgiełku i ogromnej ilości ludzi i samochodów metropolia jest niezwykle przyjazna. Przez kilka dni obeszliśmy to miasto wzdłuż i wszerz. 

                                           
Nawet opłynęliśmy na szalonej łodzi z której wróciliśmy kompletnie mokrzy.
Każdy tu może znależć coś dla siebie.

Zjeść obiad czy kolację można w eleganckich restauracjach lub maleńkich knajpeczkach z uroczym klimatem.
Andrzejki świętowaliśmy w pubie z rozbawionymi ludźmi z całego świata. 
Laliśmy nawet wosk ze świeczki. Z braku tradycyjnych kluczy laliśmy ze złożonych, hotelowych kart magnetycznych! ( Pomysłowość Polaków nie zna granic). Zdziwieniu obserwujących nas ludzi nie było końca. 
Najsławniejsza budowla świata, jaką jest Opera na przylądku Bennelong Point, nie zawiodła nas absolutnie.
Projekt z lat pięćdziesiątych jest genialny i zachwyca cały świat.
Można patrzeć na to cudo godzinami. 
 Szkoda tylko, że architekt Jørn Utzon nie zobaczył " swojego dziecka w pełnej krasie". 
Położenie Sydnej jest idealne. 
Widok zatoki z operą zapiera dech w piersi, a niedaleko położone Góry Błękitne porażają urodą.
                                       


Australia urzekła mnie absolutnie. Jeśli miałabym wysłać w kosmos kapsułę z informacją o nas i zdjęciami z Ziemi, to z Australii wysłałabym aż dwa zdjęcia! Oczywiście na tych fotografiach byłyby Uluru i Opera. 

Mam nadzieję wrócić na ten niezwykły kontynent. Szkoda, że jest tak daleko..
Europejskie szczyty przywitały nas śniegiem.
A w domu pozostało już tylko wymyć sprzęt..

czwartek, 11 grudnia 2014

Uluru- serce Australii


Mimo specjalnie wybudowanego pasa dla samolotów i resortów, dla turystów ściągających tu jak do Mekki, serce Australii nie straciło z tajemniczości. 
Kolorystyka rudej ziemi i niesamowity gorąc potęguje wrażenie niedostępności.
Podobno mieliśmy szczęście: kiedy stanęliśmy na ziemi Aborygenów wiał lekki wiatr, a na niebie pojawiły się białe chmury. Dzięki temu było podobno trochę przyjemniej bo "tylko" 42 stopnie w cieniu!!!
Kata Tjuta- grupa 30 monolitów uważana jest za święte miejsce. 
Tutaj odprawiano wiele ceremonii i publicznych sądów. Wędrówka w słońcu była upiorna, ale warto było...
                                     
Odradzam łażenie poza wyznaczonymi trasami ( co zrobiłyśmy z Martą). 

Temperatura na rudej pustyni potrafi zabić bardzo szybko (dobrze, że na nas dwie miałam maleńką butelkę wody), a ukryte zwierzęta nie są przyjazne dla nieproszonych gości....

Uluru ( nazwana przez białych Ayers Rock) jest jak panna, która lubi zmieniać szaty w zależności o pory dnia. 


Każdy kto tu przybędzie pada na kolana pod jej urokiem. 
Nic też dziwnego, że czczono ją jako świętą. 
Rudy monolit liczy ponad 300m wysokości i 8km obwodu. 
                                      
Dając gospodarzom tej ziemi wodę i schronienie dawała im również tajemną siłę. 

Spędziliśmy wieczór na uroczystej kolacji pod gołym niebem, na pustyni. 
Rankiem natomiast (o 5!) pojechaliśmy obejrzeć Uluru o wschodzie słońca. 
Po piątej, przy samochodzie zjedliśmy na prędce śniadanie i pobiegliśmy zająć miejsca aby zrobić super zdjęcia. Słońce zaczęło się podnosić, po czym przesłoniła je chmura i nastał świt pozbawiony ciepłej kolorystyki wschodzącego słońca. 
Nasze poświęcenie, rannego zwleczenia się z łóżek, nie zostało docenione przez naturę. Nie powiem, że byliśmy tym zaczwyceni. 
Na Ayers Rock można wejść tylko w jednym wyznaczonym miejscu ( skała dla tubylców jest świętą i nawet na wyznaczoną poręczówkami ścieżkę patrzą niechętnie). 
                                     
Objeżdżając tę niezwykłą formację skalną nie wszędzie mogliśmy ją fotografować. Niektóre strefy są  pozostawione jej pierwszym mieszkańcom. Szkoda tylko, że biali osadnicy tak późno dostrzegli w nich ludzi. Do połowy lat 60-tych strzelano do nich jak do kangurów! Dziś Aborygeni teoretycznie są postrzegani jako prawowici mieszkańcy Australii. Niestety krzywdy doznawane przez tyle lat nie dadzą się tak łatwo naprawić.  
Asymilacja przez nich, we współczesnym świecie, jest bardzo trudna. Borykają się z biedą, brakiem perspektyw i uzależnieniami. 
Opuszczamy serce Australii z żalem. A ja wiozę bumerang....

niedziela, 7 grudnia 2014

Trzeci wymiar

Czas spędzony na safari nurkowym zawsze wydaje się nierzeczywistym.
 Wstawanie o świcie, ciągłe zakładanie i zdejmowanie pianek i jacketów. Czas jest podzielony na trzy strefy: jedzenie, nurkowanie ( ok 5 razy dziennie) i spanie. Niekiedy można zabalować, ale z alkoholem nie można przesadzić. W przeciwnym razie nurkowania ranne mamy z głowy! Męka z ciągłym wciąganiem mokrej pianki jest nagradzana cudem jakim jest nurkowanie!
Każde zejście pod wodę jest inne. 
Możemy robić nurki kilka razy w jednym miejscu i nigdy nie będą takie same. 
Różnorodność raf, ich kolorystyka i mieszkańcy tworzą prawdziwy raj pod wodą.
Widząc to wszystko nurek czuje, że jest w niebe, jednocześnie zdając sobie sprawę, że stąpa po kruchym lodzie i musi umieć realnie oceniac sytuację z jej ewentualnymi niebezpieczeństwami. 
Kapitan łodzi Spoil Sport, też jest niezwykłą osobowością. Siedząc wśród nas przebrany za pirata z gitarą w ręku potęgował nierzeczywistość naszego życia na łodzi. 
Gdzie indziej świat toczył swoje codzienne boje, a my zamknięci w małej kropli utkanej z marzeń tydzień spędzaliśmy w innym wymiarze. 
Jak zawsze schodząc z łodzi zaczynam od razu tęsknić za następnymi nurami. 
Ech życie!

czwartek, 4 grudnia 2014

My się nocy nie boimy!


Każde nurkowanie nocne w Australii było mega!! Pływanie wśród dziesiątek dużych ryb, które dostały szału na światło latarek było niesamowite. Obijały się o nas co chwilę. W snopach naszych latarek dopadały małe rybki i zżerały je w ułamku sekundy! W tym całym galimatiasie wirowały zagubione rekiny rafowe. 
                                    Fot. M. Zinkow
Pierwszy raz na nocnym nurkowałam z taką ilością rekinów! Boże! To było suuuper!!
Następne nocne nie zapowiadało niczego niezwykłego. Włóczyłyśmy się z Anią i Martą między rafami i dłuższy czas nic ciekawego się nie wydarzyło. 
W pewnym momencie, w zakolu rafy, Ania zauważyła dwa ogromne, śpiące żółwie. 
                                         Fot. M. Zinkow
Poderwały się na równe nogi. Jeden pospiesznie odpłynął. Drugi natomiast zaczął nerwowo machać łapami, po czym na pełnym pędzie zapikował w naszym kierunku. Padłyśmy na dno. Przerażone, zdezorientowane zwierzę może robič różne dziwne rzeczy. Ku naszemu zdziwieniu żółw nie odpłyną w siną dal tylko zawrócił i jeszcze dwa razy powtórzył manewr z pikowaniem!!! Miny przy tej akcji, mówiąc delikatnie, musiałyśmy mieć kretyńskie!
Po 50 minutach stwierdziłyśmy, że czas zawracać na łodź i w tym momencie ujrzałyśmy   sporą mątwę, która mieniła się kolorami tęczy. 
                                     Fot. M. Zinkow
                                   Fot. M. Zinkow
Nie była specjalnie zachwycona naszym towarzystwem, ale też nie uciekała. Po dłuższym czasie zobaczyłyśmy maleńką mątwę!
Z wrażenia byłyśmy blisko zawału. Na koniec, pod łódką, na dziesięciu metrach, zobaczyłyśmy następną!!!!!
                                     Fot. M. Zinkow
Australia nas nie zawiodła!