sobota, 18 czerwca 2016

Meteora- tu jesteś bliżej Boga


Kilka lat temu odwiedziliśmy równinę tesalijską. Gigantyczne, strome skały z orlimi gniazdami i klasztorami lub kapliczkami, na szczytach, wzbudziły w nas absolutny podziw. 
Pierwsi pustelnicy pojawili się w wysokich partiach skał ok. IXw. W głębokich zagłębieniach skalnych żyli w skrajnym ubóstwie, modlili się, studiowali teksty ortodoksyjne i umierali zapomnieni w samotności. 
Wspólne uczestnictwo pustelników we mszy świętej doprowadziło, w XIw, do zakonnego życia w zorganizowanej społeczności. W IVXw czternastu mnichów rozpoczęło budowę Klasztoru Wielkiego Meteora na Szerokiej Skale (Platy Lito). Od tej pory powstawały na następnych stromych skałach liczne klasztory i kościółki. 
Przez lata społeczność mnichów, dzięki darowiznom i przywilejom stała się potężnym państwem klasztornym.
 Niestety nic nie trwa wiecznie. 
Dziś funkcjonuje część klasztorów. Niektóre zniknęły lub popadły w ruinę. 
Opuszczając tę niezwykłą, surową krainę wiedzieliśmy, że tu wrócimy. 
Tak się stało w tym roku. Przed naszym corocznym rejsem, w Grecji, namówiliśmy część załogi i przylecieliśmy kilka dni wcześniej aby odwiedzić to magiczne miejsce.  
Tym razem wynajęliśmy przewodnika, który, mieliśmy nadzieję, odkryje nam wszystkie tajemnice. Pierwsze poranne kroki skierowaliśmy do dwóch maleńkich klasztorów zamkniętych dla turystów.
 Mieliśmy tylko obejrzeć budynki z zewnątrz. Byliśmy oczarowani spokojem i atmosferą tego miejsca.
Zobaczyliśmy otwartą furtkę prowadzącą do zabudowań zawieszonych na skale. Obecnie mieszka tam jeden stary, schorowany mnich. Przewodnik tłumaczył nam, że absolutnie tam nie możemy wejść. Na szczęście nie ulegliśmy i musiał powlec się z nami. 
Minęliśmy starannie hodowane pomidory, papryki i inne warzywa.
Przywitała nas gospodyni, która dostała zgodę od chorego gospodarza na naszą wizytę. Na powitanie poczęstowano nas słodyczami! Odwiedziliśmy maleńką kapliczkę wykutą w skale. 
Panowała tu niewymuszona cisza. Słychać było tylko krzątającą się gospodynię i pracujące pszczoły w ogrodzie. 
Po dłuższej chwili ze spokojem w sercach opuściliśmy to niezwykle miejsce gdzie zatrzymał się czas. 
Do godziny 18 mozolnie zwiedzaliśmy klasztory. 
Wszystkie są usytuowane wysoko na skałach. Mnisi dostawali się do nich po drabinach lub linach. 

Dla nas- turystów zostały dobudowane schody. Wejście do nich, na szczyty wysokich skał, jest dla niektórych prawdziwym wyczynem (mnisi mieli znacznie trudniejsze zadanie!) W XXw w dwóch klasztorach (Russanu i Świętego Stefana) zamieszkały zakonnice. 
Oprócz ogródków z warzywami jest  tu pełno kwiatów ( widać kobiecą rękę).
Po rozstaniu się z przewodnikiem część grupy idzie na pieszą wędrówkę zobaczyć kościół Świętego Jerzego Mandylasa (chuścianego). 
Z daleka widać niedostępną pieczarę z powiewającymi kolorowymi chustami- darem wiernych. 
Nasza słabo przygotowana do wspinaczki grupa "idzie po rozum do głowy" i po nieudolnych próbach rezygnuje z odwiedzin tego niecodziennego miejsca.

Za to cali i zdrowi odwiedzamy więzienie dla mnichów i wzgórze Aghion Pneuma.
                            
  
                         Fot. T. Nazaruk
I zdążamy wrócić na mecz Polska- Niemcy!
Następnego dnia postanowiliśmy piechotą obejść wzgórza Meteorów. 
Nie obeszło się się bez małych problemów...
Co chwila zachwycaliśmy się krajobrazami. 
Oglądane z innej perspektywy klasztory ponownie nas zachwycały. 
Byliśmy lekko zaniepokojeni słysząc ujadanie dużych psów pilnujących pasące się owce, które ( jak nas uprzedzono) potrafią być bardzo kłopotliwe, a nawet niebezpieczne. Cieszyły natomiast nasze oczy żółwie, które napotykaliśmy niezwykle często.
Na pożegnanie odwiedziliśmy klasztor Świętej Trójcy.


      Dziś tak dostarcza się zaprowiantowanie.
Pożegnaliśmy Meteory z wielkim żalem, ale rejs czeka! Dzięki Dariowi, który prowadził nasz pojazd, szczęśliwie dotarliśmy do Aten.
A tutaj już tylko morze, wiatr i słońce! 

czwartek, 16 czerwca 2016

Grecką radochę czas zacząć


Ostatnie dni, jak zawsze, były nerwowe. Po nocnym pakowaniu i pospiesznym pobycie ostatniego dnia w pracy znaleźliśmy się wreszcie na lotnisku. Pijąc kieliszek czerwonego wina, na lotnisku, zostawiam kłopoty i wiem, że tylko cudowne chwile są przede mną: poznawanie nowych miejsc, ludzi i tak na prawdę ponowne odkrywanie samej siebie! Jakie mam nadzieje z każdym wyjazdem do Grecji? Bawić się znakomicie i poznawać świat! Całe życie gonię królika i sprawia mi to prawdziwą frajdę.
Ateny witają nas bezchmurnym niebem. Wynajmujemy dziewięcioosobowy samochód i jedziemy do Chalkidy. Miasto jest ośrodkiem turystycznym i charakter grecki ma tu tylko pogoda i stare fortyfikacje, które oczywiście odwiedzamy. 
Panorama ze starych murów, na wzgórzu zapiera dech w piersi. 

Następnym naszym celem są Termopile, gdzie garstka Spartan bohatersko walczyła, w 480r p.n.e. z Persami. 
Po drodze część grupy kąpie się w gorących źródłach. 
I wreszcie po południu trochę zmęczeni docieramy do wspaniałego klasztornego państwa jakim jest Meteora. 
Widok z uroczego hoteliku jest nieprawdopodobny. 

Jeżeli ktoś sądzi, że poszliśmy spać lub jeść to jest w błędzie! 
Oczywiście zdobyliśmy skalną szpilkę, którą nam polecił właściciel hotelu, a potem zrobiliśmy natarcie na pobliską tawernę. 
To był wyczerpujący dzień, ale jutro czeka nas zwiedzanie prawdziwych niezwykłości tego świata! 

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Flamencowy świat w Warszawie


Kilka lat temu trafiłam do "Triany"- Szkoły tańca flamenco Marty Dębskiej gdzie zaczęłam poznawać tajniki flamenco.
 Atmosfera na każdych zajęciach jest wspaniała. Instruktorki obmyślają choreografię dla poszczególnych grup. Od pierwszych zajęć, które każdego roku zaczynają się we wrześniu rozpoczyna się praca nad opanowaniem elementów tanecznych, które powiązane w całość reprezentowane są wiosną na uroczystej gali. 
Ja z powodu częstych wyjazdów muszę dodatkowo polegać na cierpliwości instruktorki. Tutaj trzeba przyznać, że wszystkie panie, które prowadzą zajęcia wykazują się dużą empatią i cierpliwością.
Występ przed publicznością okupiony jest przez nas  wielkim stresem. 
Każda pomyłka wydaje nam się dramatem, po czym okazuje się, że nikt jej nie zauważył! Za kulisami przeżywamy swoje występy i występy innych grup. 
W tym roku, na koniec wieczoru, wystąpiła sama Marta Dębska w fantastycznej, bardzo trudnej choreografii. W przepięknej sukni,w kolorze ecru, ( suknia z trenem do flamenco nazywa się "bata de cola") powaliła widownię i nas na kolana. 
Jak co roku klimat występów był magiczny, ale to już za nami. Teraz czas na wakacje, a po nich znowu wybierzemy swoje grupy treningowe i będziemy w cudownych humorach doganiać świat flamenco! 

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Nieoczekiwany sukces


W końcu się zdecydowałam i pojechałyśmy zgodnym teamem ( ja, Danusia ( też nieźle zakręcona w temacie "psy" i sunia Demi) na Wystawę Krajową Psów Rasowych do Skarżyska Kamiennej. 
Dawno temu brałam udział w takim przedsięwzięciu z poprzednim psem Discą. Demi natomiast kompletnie nie miała pojęcia co ją czeka. 
Na szczęście na wystawę przyjechał hodowca Pan Leszek Węgier, od którego kupiłam suczkę. Przybył wystawić rodzoną siostrę Demi! Obydwie suki są niezwykle energetyczne, ale mieliśmy wrażenie, że się poznały i stosunki obu pań były niezwykle poprawne. 
Byłam w ogromnym stresie bo nie miałam wprawy w wystawianiu owczarka niemieckiego (a jest to niezły wysiłek fizyczny). Sunia natomiast kompletnie nie miała pojęcia o co chodzi w tym całym bałaganie. Leżała spokojnie, w cieniu, i obserwowała poczynania w ringu. 
Na szczęście siostry były wystawiane w różnych kategoriach i hodowca zaproponował, że sam zaprezentuje mojego psa! Kamień spadł mi z serca. Dzięki spokojowi i opanowaniu Pana Leszka Demi prezentowała się świetnie, ale wprawne oko sędziego wychwyciło chwilowe debiutanckie zachowania psa w ringu. Koniec końców otrzymała ocenę doskonałą i srebrny medal! 
Radość nasza była ogromna.
Będąc pierwszy raz na wystawie sunia została oceniona maksymalną oceną! 
Następnym razem postaramy się być bardziej ogarnięte w ringu! 
Siostra Doris również dostała maksymalną ocenę i srebrny medal! Nie ma to jak dobre geny!
W super humorach wracałyśmy do Warszawy. Następnym razem postaramy się lepiej przygotować i już!

piątek, 3 czerwca 2016

Piękna nasza Polska cała.... ( trekking Suwalszczyzna)


Ze wsi Mierkinie powędrowaliśmy na nocleg do Barci. 
Co poniektórzy byli lekko zmęczeni..
Znów cały dzień towarzyszyły nam niesamowite widoki. 
Zauważyliśmy, że krowy wykazywały, naszymi hasającymi psami, ogromne zainteresowanie. Pierwszy raz w życiu widziałam jak rozleniwione stada muciek podrywały się na równe nogi i pędziły galopem aby przyjrzeć się naszym psiakom, które były tym lekko przerażone. Na szczęście elektryczne pastuchy nie pozwalały na bezpośrednią konfrontację.
Co pewien czas nasza grupa przechodziła skrótami przez łąki. Jeden skrót prowadził przez pole, na którym leżało spore stado krów. Nie mogliśmy wziąć psów na smycz bo człowiek znacznie wolniej ucieka niż pies przed szarżującym stadem. Pokonaliśmy drut elektryczny i spokojnym krokiem staraliśmy się przejść na drugą stronę polany. Reakcja krów przerosła nasze najśmielsze oczekiwania. Wszystkie błyskawicznie znalazły się na czterech nogach, załatwiając się przy tym obficie. Rogate bestie były "sfokusowane" na nasze szybko uciekające psy. Nasza ucieczka, przed szalejącym stadem, szła znacznie wolniej, a krowie ekskrementy jej nie ułatwiały! Po kilku chwilach wszystkim udało się dobiec do upragnionego celu. 
Oczywiście zahaczyliśmy o Stańczyki gdzie znajdują się słynne mosty, którymi kiedyś linia kolejowa łączyła Gołdap z Żytkiejmami. 
Wiadukty są nazywane Akweduktami Puszczy Romnickiej. 
                     
   Należą do najwyższych w Polsce. Trzydziestosześciometrowa konstrukcja robi na wszystkich przybyłych niesamowite wrażenie. 
Do niedawna odbywały się tu skoki na bungee. Obecnie jest to teren prywatny. Wiadukty odrestaurowano, wstęp jest płatny i sporty ekstremalne, jakie w tej chwili mają tu miejsce, to mozolne schodzenie i wchodzenie po schodach.
Nasza dalsza piesza podróż miała cudowny charakter. Szliśmy wysokim, starym, zarośniętym nasypem kolejowym. 
Przed wieczorem doszliśmy do Barci gdzie mieliśmy nocleg i czekał na nas obiad.
Z naszego domku mieliśmy widok na dwa akwedukty. 
Były mniejsze niż w Stańczykach i nieodrestaurowane, ale jakżeż urokliwe! 
W ciągu Czterech dni wędrówki napotkaliśmy wspaniałych ludzi, którzy żyją w cudownych okolicznościach przyrody. I to jest powód dlaczego nasz trekking, na północno-wschodnich terenach Polski, pozostanie na długo w naszej pamięci...