środa, 26 listopada 2014

Byle dalej, dalej. Byle dalej...

Poranna wyprawa na tereny Aborygenów, (w Mossman George) okazała się lekką porażką. Chodzenie przygotowanymi alejkami z przewodnikiem było mało porywające mimo, że facet starał się ze wszystkich sił. 

Poszukiwanie krokodyli w rzece Daintree było bardziej porywające. 
Wypatrzenie wolno żyjących krokodyli było nie lada sztuką.
Na nic się zdało kuszenie pięknej plaży Cape Tribulation.
Wszędzie były znaki informujące o wszędobylskiej obecności maleńkich meduz, które potrafią zabić w mało przyjemny sposób. Szkoda!!!!!
Wieczorem byliśmy w typowej Australijskiej knajpce Ochra. Tutaj jadłam kangura, który był pyszny. 
Powrót nadmorską promenadą przy wieczornej bryzie był uroczy, ale trzeba było zmusić się do spania, bo czekał as następny dzień!

środa, 19 listopada 2014

Ciepło, ciepło,ciepło...


Cairns przywitało nas cudownym ciepłem. Po 35 godz podróży mogłam się wreszcie wykąpać. Nie poszliśmy spać i zaczęliśmy zwiedzać okolicę. Widok błękitu z zielenią lądu stanowiły cudowny zlepek naszej rzeczywistości.
 Wszystko nam się podobało: kolor nieba, palm, pelikany baraszkujące przy brzegu.
 Nawet lądujący helikopter. 
O zejściu z promenady do wody mogliśmy jednak zapomnieć. Tu bardzo łatwo można stać się pożywieniem krokodyla.
Wczoraj na promenadzie zaatakowana została pani z pieskiem. 
Po obfitym posiłku poszliśmy spać ok. północy. Przed trzecią obudził mnie telefon. Wstałam nieprzytomna myśląc, że to budzik. Wykąpałam się, ubrałam i będąc gotowa na zdobywanie Australii zorientowałam się, że jest 3 w nocy!!!!!! Niestety o spaniu już nie mogło być mowy. W tej sytuacji usiadłam na tarasie i otulona ciepłym powietrzem prowadziłam "wnikliwe", nocne obserwacje, do 8. 
Po czym wyglądając jak zombi, stawiłam się  w recepcji celem zdobycia wszystkich krokodyli w okolicy......

poniedziałek, 17 listopada 2014

Najpierw męka, potem Australia...


Pięciogodzinny odcinek Warszawa-Dubaj przelecieliśmy w kompletnym ścisku. Wszystkie miejsca były zajęte. Stewardessy bardzo zgrabnie przynosiły napoje i posiłki. Gorzej było z odbieraniem " zastawy". Efektem ciągłego przynoszenia i braku odbierania były góry naczyń na stolikach. Podczas najmniejszych turbulencji wszystko lądowało na kolanach pasażerów. Z nami leciała bardzo głośna i dużo pijąca grupa. Większość z nich stanowili wielcy, łysi faceci. Panowie po pijaku przekrzykiwali się całą drogę. Na koniec podróży jednemu z nich zginął jeden but, a drugiemu dwa. Nie wiem czy buty odnaleziono i kto je schował. Kiedy opuszczaliśmy samolot panowie samotnie na czworakach szukali zguby...
Pięć godzin w Dubaju, na ostro klimatyzowanym lotnisku, minęło bezboleśnie. 
Sześciogodzinny lot z Dubaju do Singapuru był nieco luźniejszy i obok miałam  wolne miejsce, ale na lotnisku w Singapurze byłam zmasakrowana i nie tylko ja.
Na szczęście ostatni samolot do Brisbane był luźny i lecieliśmy leżąc!
Po 7 godzinach lotu, w tym sześciu spania, na australijskiej ziemi stanęłam wypoczęta i w świetnym nastroju.
A teraz niektórzy leżą sobie jeszcze 5 godz na lotnisku, po których wsiadamy do ostatniego samolotu. 
I to będzie koniec naszej męki! 

niedziela, 16 listopada 2014

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami...


Oczekiwana wyprawa do Australii wreszcie stała się faktem! W kompletnym zagonieniu nie zaczęłam przygotowywań wcześniej. W związku z tym moje pakowanie w ostatniej chwili nie nosiło znamion " uporządkowanego"! 
                                 

Ale to nic siedzę w samolocie, nie mam pojęcia czy spakowałam potrzebne rzeczy i jestem szczęśliwa- bo to już nie ma znaczenia. Liczy się tylko Australia i nuuuuuurki! 

Można się zakochać...


Przejście przez Teplickie Skały do Adrszpatskich Skał w Czechach powaliło nas absolutnie. 
Wędrując cały dzień między niesamowitymi tworami skalnymi czułam się jak mróweczka zagubiona wśród dziwnych olbrzymów. 
Tutaj na szczęście nie było tłumów. 
Wszystko jest tu meganiezwykłe. 
Niektóre skały mają nadane nazwy ( np. Topór Rzeźniczy). Ogłosilimy konkurs na najciekawsze zrobienie zdjęcia skale i nadanie jaj nazwy. Zaowocowało to nasileniem się naszej aktywności ( która i tak nie była mała). Łażąc po drabinach i i innych dziwnych miejscach wyszukiwliśmy różne dziwolągi. Zwyciężyła Ewcia ze zdjęciem "Rybki".
Drugie miejsce zajęła Gonia ze zdjęciem pt. "AngkorWat".
Nie dziwię się, że Czesi są dumni ze swoich skał.
W nich niezwykle łatwo można zakochać się do szaleństwa!
                                 

czwartek, 13 listopada 2014

Dzień pełen różnorodności..


Tego dnia pierszym naszym celem była Kaplica Czaszek z XVIIIw Czermnej. Są w Europie tylko trzy takie miejsca. Zbiorowy grobowiec, który jest jednocześne małą kaplicą wywarł na nas ogromne wrażenie. 
Czaszki i kości znajdują się na suficie, ścianach i pod podłogą, a po środku jest mały barokowy ołtarz. W tym miejscu każdego dopadają przemyślenia o sensie życia doczesnego. Tutaj przed śmiercią wszyscy stają się równi. Znajdują się tu szczątki poległych i zmarłych w czasie wojny trzydziestoletniej, wielkiej zarazy cholery i wojen śląskich.
Rozśmieszył nas fakt, że bilet na parkingu kosztuje  7zł, a do kapliczki 5zł ( jakoś cenimy drożej życie doczesne...).
Następnym naszym celem był Szczeliniec Wielki, który jest najwyższym szczytem Gór Stołowych (919m n.p.m.). Na szczyt wiodą miliony schodów. Podczas naszego podejścia wyszło słońce, więc nagrodą za podejście były fantastyczne widoki.
 Zwiedzanie korony Szczelińca jest wskazane dla osób nie bardzo grubych. 
Otyłość może być przyczyną zakleszczenia się w jednej z wielu szczelin, a wątpię czy będzie możliwość wysadzenia skały aby oswobodzić potencjalnego nieszczęśnika.
                                         
 Niestety nasz trekking odbywał się tutaj w tłumie innych turystów.
 Powrót schodami był dla mojego kolana zwykłym morderstwem, a czekały na nas jeszcze Błędne Skały! (850m n.p.m.)
Chciałam znacznie skrócić sobie męki i pokonać trasę samochodem. Niestety musiałam zagryżć zęby i iść. 
Na szczęście Błedne Skały okazały się OBŁĘDNE!!! 
Łażenie o zmroku przez dziesiątki różnych wązkich korytarzy i przeróżnych dziur było suuuper! 
                                      

                                    
Bez wązkich kładek wytyczających szlak nie mielibyśmy szans na wyjście z tego kamiennego labiryntu. 
Wychodząc z tego zwariowanego miejsca ( tylko natura mogła coś takiego stworzyć w piaskowcu) napotkaliśmy trójkę młodych facetów, którzy siedzieli na ławeczce i raczyli się wódeczką i sokiem pomarańczowym. Był już zmierzch, a oni bez latarek dopiero zamierzali wejść w ten cud natury. Ciekawe czy udało im się wyjść tego samego wieczoru. Na szczęście listopad mamy ciepły tego roku!


poniedziałek, 10 listopada 2014

My się deszczu nie boimy....

My się deszczu nie boimy...
Ranek w Leśnym Dworze przywitał nas ciężkimi chmurami z deszczem i mgłą. Te drobiazgi nie mogły oczywiście zrujnować naszych planów. Wzięliśmy peleryny do plecaków i tyle! Podczas śniadania deszcz przestał padać. 
Idąc na Wielką Sowę rozgrzaliśmy się setnie.
 Na 1014 m n.p.m. można było zobaczyć "nic"! Mgła spowiła wszystko wokół. W tej sytuacji umówiliśmy się telefonicznie na zwiedzanie słynnego tajemniczego, podziemnego miasta w Osówce. Przejście tam zajęło nam trochę czasu.
W Walimiu idąc typową, śląską ulicą mijaliśmy starą kamienicę na której napis głosił: "wejście grozi zawaleniem". Jurek pchnął drzwi, które otworzyły się nie stawiając oporu. Oczywiście wszyscy przekroczyliśmy próg domu. Po dziesięciu metrach naszym oczom ukazał się niesamowity widok. W sekundę znaleźliśmy się w innym świecie. Ze wsząd, po horyzont otaczały nas ruiny! 
W oknach leżały poukładane worki z piaskiem, a na ścianach były widoczne znaki Polski Walczącej. 

Byliśmy w szoku! Okazało się że w byłej fabryce lnu były kręcone sceny do "Bękartów wojny", " Tajemnicy księgi szyfrów" i "Czasu honoru". 
 Po drodze w lesie widzieliśmy niezwykłe budowle, jakie na rozkaz Hitlera rozpoczęto budować w czasie II Wojny Światowej. 
Wreszcie o zmierzchu dotarliśmy do Osówki, gdzie ubrano nas w kaski i weszliśmy do tajemnych podziemi. 
Niesamowitym jest fakt, że dziś niewiadomo jaki był prawdziwy cel tej ogromnej, podziemnej budowli.
 A dramatycznym jest to, że budowali to więźniowie, których praca i głód zabijały po kilku miesiącach. Mężczyźni, którzy tam pracowali błyskawicznie osiągali wagę bez względu na wiek 32-35kg!!!
Korytarze ciągną się kilometrami i nie wiadomo gdzie się kończą i jakie sale są jeszcze ukryte za grubymi ścianami. 
Wyszliśmy z podziemi ciemną nocą. Czekała nas jeszcze długa nocna wędrówka. Niebo było czyste i drogę oświetlał nam księżyc.  

Po przebytych 24km dotarliśmy wykończeni do samochodów. Dobrze, że poranny deszcz i mgła nas nie przestraszyły!

sobota, 8 listopada 2014

Początek przygody


W Warszawie piątkowy ranek był bury i deszczowy. Rano na ulicach było pusto i smutno. Praca w ostatnim dniu przed długim weekendem szła trochę topornie. Wreszcie przyszła godzina "zeo" i można było wyruszyć w drogę!
Więc jedziemy tak sobie w deszczu i myślimy " że też zachciało nam się jechać w Gôry Sowie". Czeka nas  ok. 450 km drogi, jaky w Polsce nie było czegoś interesującego bliżej! Jesteśmy niewątpliwie nienormalni, ale znając nas damy radę. Leśny Dwór przywitał nas w ponurym nastroju, ale do diabła to nasze serca będą decydować o naszym wyjeździe!!!

czwartek, 6 listopada 2014

Bohaterowie naszych czasów..


Kiedyś rycerze walczyli ze smokami ratując piękne dziewice.  
Podczas wojen patroci walczą o niepodległoścć ojczyzny. 
Kiedy kraje cieszą się pokojem nie możemy ( na szczęście) wykazać się odwagą walcząc o wolność. 
Czy codzienność w spokojnej rzeczywistości pozbawia nas okazji bycia bohaterami? Otóż absolutnie nie!  Strażacy, policjanci, wojskowi na misjach mają " w spisie" swoich obowiązków bohaterstwo. A co z szarym obywatelem? Na codzień fajnie jest jak wykazujemy się empatią i staramy się zauważać innych. Dobrzy ludzie często wędrują sobie przez życie nie krzywdząc innych:  nieraz komuś zrobią zakupy, pocieszą zmartwionego sąsiada, pomogą staruszce przejść przez ulicę. Fajna jest taka życzliwość, gorzej kiedy musimy zrobić coś co zaburzy nasz życiowy porządek. Wtedy większość z nas się nie wychyla tłumacząc się w zawiły sposób. 
U naszych przyjaciół na działce, pod parkanem, kotka urodziła trzy kociaki. Maleństwa miały się świetnie pod opieką mamy. Niestety pewnego dnia kotka nie wróciła do swoich dzieci, które płakały rozpaczliwie. Basia z Jurkiem teoretycznie nie lubią kotów. Jednak widząc nieszczęście trójki głodnych maluchów zapakowali je do pudełka i zabrali do domu. 
Karmienie mlekiem Bebiko strzykawką co trzy godziny było bardzo absorbujące (szczególnie w nocy!). Pierwszą noc maluchy przepłakały, ale wygłodzone jadły łapczywie, co niewątpliwie było oznaką zdrowia. Od poniedziałku rozpoczęliśmy wspólne poszukiwania domów dla maluchów. 
Pierwszy kociak już pierwszego dnia znalazł rodzinę. Udało mu się zaprzyjaźnić ze starym kocurem,z którym teraz śpią przytuleni. 
Ja znalazłam zwariowaną rodzinkę, która zakochała się w czterotygodniowym kocurku. 

                                           fot. M. Barcik
Kotka mieszkająca tam od paru lat patrzy na niego z dezaprobatą i omija szerokim łukiem. Natomiast leciwa suczka ( owczarek niemiecki) matkuje małemu Florkowi absolutnie! 

                                          fot. M. Barcik
Trzecie maleństwo zdobywało serca swoich wybawicieli wielkimi krokami i jak należało się spodziewać u nich zadomowiło się na stałe ( nadmieniam, że ONI nie lubią kotów?!). Maleńki Rysiek również ma swojego sierściucha do którego może się przytylulić. Jest nim królik imieniem Buba, który z lekkim zdziwieniem obserwuje poczynania nowego domownika. 
Dzięki determinacji Basi i Jurka kotki ocaliły życie. Biorąc je, ryzykowali posiadanie trzech kotów ( za którymi przecież nie przepadali!). Pewnie dla niektórych to żaden wyczyn. Ale to właśnie ta rodzina miała nieprzespane noce opiekując się płaczącymi oseskami. Uratowali zwierzaki z czystego odruchu sreca. I to są właśnie bohaterowie naszych czasów. Dzięki małym gestom takich ludzi codzienność jest zwyczajnie lepsza...

wtorek, 4 listopada 2014

Czy zastawiony stół jest najważniejszy?


W Polsce każde święto większość z nas traktuje jako okazję do spotkania się przy suto zastawionym stole. Ostani weekend był okazją do wspominania tych, których z nami już nie ma i do spotkania się z rodziną i znajomymi. Spotkania te, po powrocie z cmentarzy, nie muszą się kończyć przy stole. Można przecież odbyć je na świeżym powietrzu, szczególnie kiedy pogoda temu sprzyja. My na szczęście preferujemy taką formę spokań z rodziną i znajomymi.
W dzień zaduszny pojechaliśmy na działkę gdzie poszliśmy na niedługi trekking. 
Po trekkingu rozpaliliśmy ognisko i upiekliśmy kiełbaski. 
                     
Można? Można!