piątek, 27 listopada 2015

Rafting na rzece Tenorino. ( Kostaryka)


W naszej grupie nie można mówić o braku aktywności. 
Dzisiaj mamy następną próbę ognia: rafting na rzece Tenorino- uznany za najlepszy w Guanacaste. 
Zostajemy ubrani w kapoki i kaski, a do rąk wręczone zostają nam wiosła.
Swietłana trzymając pierwszy raz w życiu przedmiot,zwany wiosłem, była lekko przerażona.
 Podczas oczekiwania na naszą przygodę trenowała, na trawie " na sucho", pod okiem męża.
 Pełni pozytywnej energii wsiedliśmy do pontonów.
Rzeka nie była najłatwiejsza, ( III/ IV klasa) co sprawiało nam ogromną frajdę. 
Wszyscy przewodnicy okazali się super. Spotykające się załogi starały się nie pozostawić innych w stanie suchym. Co parę minut musieliśmy się absolutnie spinać z wiosłowaniem. Mojej załodze wychodziło to świetnie. Naszym przyjaciołom na tyle super, że z siedmiu osób zgubili 5!!!!! W tym przewodnika! Ich błyskawiczne ogarnięcie przerosło wszystko, a teoretycznie początkująca Swieta po ponownym znalezieniu się w pontonie, w absolutnie mistrzowskim stylu, ratowała inne ofiary! To się nazywa zew natury.
Moja załoga, w tym czasie będąc absolutnymi zawodowcami,
pokonała bez straty załogantów najtrudniejsze kaskady. Nasz fantastyczny przewodnik ryzykując utratą niektórych swoich członków zatrzymał przy brzegu nasz ponton. Przyczyną był leniwiec ukryty na drzewie! 
Nie mamy pojęcia jak go zobaczył, ale byliśmy zachwyceni, że jemu jedynemu chciało się zatrzymać w wartkim nurcie rzeki aby pokazać to niezwykłe zwierzę.
Po 2,5 godz zakończyliśmy naszą kompletnie zwariowaną przygodę. 
Nagrodą był obiad w ekologicznym gospodarstwie z organicznym, przepysznym jedzeniem.
    Tutejszy Wulkan Arenal w 1968, 1991 i 2014 wyrządził wiele szkód likwidując z powierzchni ziemi okoliczne wioski, ale w późniejszym czasie okazał się zbawieniem. Dzięki gorącym, termalnym źródłom rozwinął się tu przemysł turystyczny na najwyższym poziomie. Wszyscy tu prowadzą ekologiczną gospodarkę. 
Dzień zakończyliśmy w gorących basenach termalnych. 

Zasłużyliśmy sobie na to absolutnie!

czwartek, 26 listopada 2015

La Fortuna. ( Kostaryka)


Tu zamierzamy spędzić kilka dni bo jest co zwiedzać i co robić. Mieszkamy w Hotelu Arenal Manoa.
Jest to absolutnie ekologiczny i piękny resort. Zakwaterowani jesteśmy w uroczych domkach fantastycznie wyposażonych.

Jedna ściana jest przeszklona i widać przez nią Wulkan Arenal. 
        Rano budzi nas potężny deszcz. O 6.30 stawiamy się załamani na śniadaniu. Francesco zmienia nam plan dnia i jedziemy do Sky Trek & Tram. 
Trzy kilometry stalowych lin zostało tutaj podwieszone w lesie tropikalnym.
Czekając na sprzęt zachwycamy się dmuchaną szopką(!!!) i Mikołajem. 

                     
Ku naszej wielkiej radości zaczyna świecić słońce. Po ubraniu się w kaski i uprzęże przechodzimy krótkie szkolenie. 

                 
Następnie wjeżdżamy podniebnym tramwajem ( którymi są stalowe klatki) na szczyt góry.  
             Fot. T. Majewski
Tutaj zawieszono nas na linie i hajda w dół! 
Po kilkunastu metrach, przejechanych wśród drzew, pode mną i wokół mnie otworzyła się gigantyczna przestrzeń! Aż mnie zatchnęło z wrażenia. Jadąc z prędkością ok 60 km/godz, na wysokości 200 m miałam odczucie jakbym jechała z prędkością światła do samego nieba! Ogromne drzewa z mojej perspektywy miały wielkość wykałaczek! Pierwsze hamowanie na zawieszonej nieprawdopodobnie wysoko platformie robiło na wszystkich przerażające wrażenie. 
Następne przepinania stały się błyskawicznie normą! Obsługa , która nam pomagała była profesjonalna i przemiła. Niestety kiedyś musiał nastać koniec naszego podniebnego szaleństwa. 
                         

                         
Żałowaliśmy ogromnie kiedy przyszło nam zdawać sprzęt. Mimo początkowych obaw, niektórych z nas, wszyscy chcieliśmy powtórzyć linowe zjazdy! Niestety plan dnia mieliśmy już opracowany i nie mogliśmy powtórzyć naszego wyczynu. No cóż jak już gonić ten świat to gonić na całego!

wtorek, 24 listopada 2015

Żegnaj cywilizacjo. (Kostaryka).


Po siódmej rano jedenastoosobową polsko- białorusko- szwedzko grupą opuszczamy San Jose. Po półtorej godziny jazdy busem docieramy do Puntarenas. Kawa z Kostaryki jest znana na całym świecie. Idziemy więc do poleconego miejsca przez naszego przewodnika Francesco. 
Niestety podają tu obrzydliwą, słodką kawę z automatu! Rozczarowani pijemy to świństwo i udajemy się na prom. 
Po odcumowaniu promu barman puszcza głośną muzykę i zaczyna serwować napoje. 
Wszyscy Kostarykańczycy zaczynają poruszać biodrami by po paru chwilach ruszyć w tany. 
Najbardziej aktywną jest grupa motocyklistów i facet z obsługi! 

Aldona i Lars ratuje honor naszej grupy i również zaczynają tańczyć. 
Atmosfera jest absolutnie fantastyczna! 
Po półtorej godziny opuszczamy prom.
 
Jedziemy do rezerwatu Karen Mogensen. Po drodze zabieramy przewodnika, który ma czuwać w górach nad naszym bezpieczeństwem. Okazuje się, że z powodu przybrania rzeki nie możemy dojechać na lunch w Rancho Guayacán. 
Żegnamy naszego kierowcę Jose i rozpoczynamy wcześniej trekking. Żegnaj cywilizacjo!
Kiedy stanęliśmy na brzegu rzeki przewodnik uprzedził nas, że do końca dnia będziemy przekraczać wodę czternaście razy (!!!) więc nie ma sensu zdejmować butów. Część z nas posłuchała dobrej rady, a część ( w tym oczywiście ja) zdjęła buty.
            Fot. T. Majewski
Dotarliśmy na rancho gdzie czekało na nas pyszne, proste jedzenie: kawałki kurczaka, ryż i czarna fasola. Najedzeni ruszyliśmy ochoczo w góry. Pojawił się również piesek, który towarzyszył nam całą drogę. Nazwaliśmy go Biszkopt. Co parę minut przekraczaliśmy wartkie strumienie- coraz mniej osób zdejmowało buty.
           Fot. T. Majewski
Ja trzymałam się w swoim uporze bardzo dzielnie, ale poległam przy wodospadzie Velo de Novia.
 
                          Fot. T. Majewski
 Miejsce to zauroczyło nas wszystkich.
Następnie rozpoczęliśmy wspinaczkę do Cerro Escondido. Na miejscu czekała na nas wiata (gdzie zjedliśmy kolację) i chatki z piętrowymi łóżkami. 
          Fot. T. Majewski
Prąd jest tu napędzany agregatem, więc o doładowaniu telefonów można zapomnieć. 
Cerro Escondido jest miejscem absolutnie magicznym. Tu siedząc  na tarasie czuje się siłę przyrody, a odgłosy tropikalnego lasu zadziwiają całą dobę. 

Następnego dnia wszyscy zgodnie  przedzierali się przez wodę i błoto nie zdejmując butów.



Z ogromnym żalem żegnaliśmy przewodnika i gospodynię gotującą nam posiłki i oczywiście Biszkopta, który okazał się suką! 

sobota, 21 listopada 2015

Początek przygody jest zawsze fajny!


Pakowanie do trzeciej było szalonym pomysłem. Kiedy skończyłam i zapragnęłam się położyć, okazało się, że za pół godziny muszę jechać na lotnisko! Zostałam więc odwieziona przez osobistego męża. Odprawa przeszła gładko i można było spokojnie zjeść śniadanko o 5 rano upajając się rozpoczęciem wielkiej przygody. Pożegnaliśmy Warszawę zapłakaną deszczem. Amsterdam przywitał nas mgłą. Po trzech godzinach oczekiwania wsiedliśmy do samolotu. 
Żegnaj Europo, witaj Kostaryko!
Po jedenastu godzinach lotu Panama przywitała nad zielenią, bielą budynków i cudownym gorącem!


Tutaj wsiedliśmy do następnego samolotu aby po półtorej godziny dotrzeć do San Jose. Ledwie żywi dotarliśmy do hotelu gdzie czekała moja córka. Prysznic i zawleczenie naszych ciał do łóżek było cudownym zakończeniem ostatniej nieprzespanej doby. A jutro rozpoczynamy nasz trekking!

czwartek, 19 listopada 2015

Przedwyjazdowa gorączka


Chyba każdy zna uczucie paniki przed większym wyjazdem kiedy wszystkie sprawy piętrzą się nieoczekiwanie i pakowanie jest zostawione na ostatnią chwilę. Nie wiedzieć czemu mi to się zdarza niezwykle często. I tak jest tym razem!
 Pełna stresu po pracy jadę do domu i całą noc będę pakować szmaty i sprzęt nurkowy.
Ale kiedy tego dokonam i znajdę się w samolocie będę najszczęśliwszą z ludzi! 

poniedziałek, 16 listopada 2015

Kino Stacja Falenica


Są jeszcze w naszych miastach takie zakątki, o których niewiele osób wie, a warto o nich wiedzieć! Takim uroczym miejscem jest Kinokawiarnia Stacja Falenica. Namówili nas znajomi na wybranie filmu właśnie tam.
Mieliśmy wrażenie, że niespecjalnie zależy im na obejrzeniu jakiegoś niesamowitego filmu, tylko na odwiedzeniu i pokazaniu nam czegoś niezwykłego. 
Okazało się, że tym miejscem jest stara Stacja Falenica, w której pomysłowi ludzie urządzili kinokawiarnię. Słabo oświetlona ulica i obdrapany budynek nie zrobiły na nas, delikatnie mówiąc, dobrego wrażenia.
Żeby wejść do środka trzeba było przejść na obskurny peron gdzie znajdowało się wejście do kina.
I tu nastąpiła niespodzianka! Nie ma tu żadnych kas gdzie można kupić bilet i wybrać rząd z którego można obejrzeć film- bo tu nie ma rzędów. Za drzwiami wejściowymi w małym pomieszczeniu znajduje się bufet, z którego można przejść do przytulnej salki z książkami i siedzieć sobie gawędząc o niczym, albo można iść do sali kinowej, która mieści się w dawnej hali biletowej przedwojennego dworca.  Znajdują się tu porządne drewniane stoły z wygodnymi fotelami. Stojąc na schodkach wybieramy sobie stolik przy którym chcemy zasiąść. 
Kiedy rozsiadamy się wygodnie podchodzi kelnerka, która przyjmuje zamówienie. Nasza piątka jest po porządnym obiedzie więc zamawiamy zimową herbatę ( z imbirem i pomarańczą) i sernik. Napojów alkoholowych tu nie sprzedają. Po zakończonym seansie otrzymujemy rozliczenie za bilety i konsumpcję. Nie ma tu nerwowego podrywania się z miejsc z trzaskiem podnoszących się foteli. Wszyscy z uśmiechem i nieśpiesznie opuszczają salę, ale nie wszyscy natychmiast wychodzą, bo można tu jeszcze spokojnie posiedzieć. Takie jest to miejsce! 

piątek, 13 listopada 2015

Zwykły weekend


Każdy wolny dzień możemy spędzić jak chcemy, ale nie koniecznie jak powinniśmy. Możemy leżeć przed telewizorem z pilotem w ręku ( żal mi takich jednostek), ale możemy zrobić proste- cudowne rzeczy. W ostatni weekend zaprosiliśmy wszystkich, którzy razem z nami zechcieli ostatni rok spędzać aktywnie. Z nami żeglowali, wędrowali, pływali na kajakach, jeździli na nartach i zwiedzali nasz niezwykły glob. 
Wieczór rozpoczęliśmy oglądaniem zdjęć z naszych wypraw, a zakończyliśmy baletami do białego rana. 
       Fot. D. Rembiszewska
Po krótkiej drzemce twardziele poszli na trekking. 
Towarzyszyła nam oczywiście nasza sunia, która miała dosyć głośnej muzyki przez całą noc.
Los nas nagrodził bo świeciło słońce i było + 15 stopni! 
Ot taki zwykły weekend... A już się zbliża następny!

sobota, 7 listopada 2015

Niesamowita Pańska Skórka


Każdy Warszawiak powinien znać smak " pańskiej skórki". Cukierki, o waniliowo- coś tam smaku, wyrabiane są chałupniczo ( co u poniektórych budzi wstręt) od ponad 100 lat! Początkowo sprzedawane były w aptekach , jako przysmak i lekarstwo dla dzieci, które bolało gardło (jednym ze składników był korzeń prawoślazu). Początkową nazwą była " panieńska skórka" - skojarzenie z gładkim ciałem młodych dziewcząt. Z czasem nazwa ewoluowała na " pańską skórkę". Kiedy zaprzestano sprzedaży w aptekach, nie wiadomo dlaczego, biznes błyskawicznie przeniósł się na obrzeża cmentarzy i tak jest do dziś. Biało- kremowe cukierki zawinięte w biały pergamin ( obowiązkowo) królują tu w okresie 1 listopada. 
Rodziny zajmujące się produkcją tego słodkiego cuda strzegą swoich przepisów.  W 2008 roku warszawski smakołyk został wpisany na listę produktów regionalnych!
Współczesne gumy rozpuszczalne nie sięgają PS do pięt! Ma ona tyle samo przeciwników co wielbicieli ( ja należę do tej drugiej grupy oczywiście). Fajnie, że w naszym rozpędzonym życiu niektóre rzeczy przez ponad 100 lat pozostają wciąż takie same...

poniedziałek, 2 listopada 2015

Weekend wyciszenia


Znowu w tym roku pojawiły się przed domami świecące dynie, a po zmroku przychodziły dzieciaki po cukierki.
Spotkaliśmy się z przyjaciółmi pograć w bilard i pogadać o wszystkim i o niczym. 
Ten weekend był dla Polaków czasem wspomnień... i dyskusji politycznych po zeszłotygodniowych wyborach.