czwartek, 26 listopada 2015

La Fortuna. ( Kostaryka)


Tu zamierzamy spędzić kilka dni bo jest co zwiedzać i co robić. Mieszkamy w Hotelu Arenal Manoa.
Jest to absolutnie ekologiczny i piękny resort. Zakwaterowani jesteśmy w uroczych domkach fantastycznie wyposażonych.

Jedna ściana jest przeszklona i widać przez nią Wulkan Arenal. 
        Rano budzi nas potężny deszcz. O 6.30 stawiamy się załamani na śniadaniu. Francesco zmienia nam plan dnia i jedziemy do Sky Trek & Tram. 
Trzy kilometry stalowych lin zostało tutaj podwieszone w lesie tropikalnym.
Czekając na sprzęt zachwycamy się dmuchaną szopką(!!!) i Mikołajem. 

                     
Ku naszej wielkiej radości zaczyna świecić słońce. Po ubraniu się w kaski i uprzęże przechodzimy krótkie szkolenie. 

                 
Następnie wjeżdżamy podniebnym tramwajem ( którymi są stalowe klatki) na szczyt góry.  
             Fot. T. Majewski
Tutaj zawieszono nas na linie i hajda w dół! 
Po kilkunastu metrach, przejechanych wśród drzew, pode mną i wokół mnie otworzyła się gigantyczna przestrzeń! Aż mnie zatchnęło z wrażenia. Jadąc z prędkością ok 60 km/godz, na wysokości 200 m miałam odczucie jakbym jechała z prędkością światła do samego nieba! Ogromne drzewa z mojej perspektywy miały wielkość wykałaczek! Pierwsze hamowanie na zawieszonej nieprawdopodobnie wysoko platformie robiło na wszystkich przerażające wrażenie. 
Następne przepinania stały się błyskawicznie normą! Obsługa , która nam pomagała była profesjonalna i przemiła. Niestety kiedyś musiał nastać koniec naszego podniebnego szaleństwa. 
                         

                         
Żałowaliśmy ogromnie kiedy przyszło nam zdawać sprzęt. Mimo początkowych obaw, niektórych z nas, wszyscy chcieliśmy powtórzyć linowe zjazdy! Niestety plan dnia mieliśmy już opracowany i nie mogliśmy powtórzyć naszego wyczynu. No cóż jak już gonić ten świat to gonić na całego!

wtorek, 24 listopada 2015

Żegnaj cywilizacjo. (Kostaryka).


Po siódmej rano jedenastoosobową polsko- białorusko- szwedzko grupą opuszczamy San Jose. Po półtorej godziny jazdy busem docieramy do Puntarenas. Kawa z Kostaryki jest znana na całym świecie. Idziemy więc do poleconego miejsca przez naszego przewodnika Francesco. 
Niestety podają tu obrzydliwą, słodką kawę z automatu! Rozczarowani pijemy to świństwo i udajemy się na prom. 
Po odcumowaniu promu barman puszcza głośną muzykę i zaczyna serwować napoje. 
Wszyscy Kostarykańczycy zaczynają poruszać biodrami by po paru chwilach ruszyć w tany. 
Najbardziej aktywną jest grupa motocyklistów i facet z obsługi! 

Aldona i Lars ratuje honor naszej grupy i również zaczynają tańczyć. 
Atmosfera jest absolutnie fantastyczna! 
Po półtorej godziny opuszczamy prom.
 
Jedziemy do rezerwatu Karen Mogensen. Po drodze zabieramy przewodnika, który ma czuwać w górach nad naszym bezpieczeństwem. Okazuje się, że z powodu przybrania rzeki nie możemy dojechać na lunch w Rancho Guayacán. 
Żegnamy naszego kierowcę Jose i rozpoczynamy wcześniej trekking. Żegnaj cywilizacjo!
Kiedy stanęliśmy na brzegu rzeki przewodnik uprzedził nas, że do końca dnia będziemy przekraczać wodę czternaście razy (!!!) więc nie ma sensu zdejmować butów. Część z nas posłuchała dobrej rady, a część ( w tym oczywiście ja) zdjęła buty.
            Fot. T. Majewski
Dotarliśmy na rancho gdzie czekało na nas pyszne, proste jedzenie: kawałki kurczaka, ryż i czarna fasola. Najedzeni ruszyliśmy ochoczo w góry. Pojawił się również piesek, który towarzyszył nam całą drogę. Nazwaliśmy go Biszkopt. Co parę minut przekraczaliśmy wartkie strumienie- coraz mniej osób zdejmowało buty.
           Fot. T. Majewski
Ja trzymałam się w swoim uporze bardzo dzielnie, ale poległam przy wodospadzie Velo de Novia.
 
                          Fot. T. Majewski
 Miejsce to zauroczyło nas wszystkich.
Następnie rozpoczęliśmy wspinaczkę do Cerro Escondido. Na miejscu czekała na nas wiata (gdzie zjedliśmy kolację) i chatki z piętrowymi łóżkami. 
          Fot. T. Majewski
Prąd jest tu napędzany agregatem, więc o doładowaniu telefonów można zapomnieć. 
Cerro Escondido jest miejscem absolutnie magicznym. Tu siedząc  na tarasie czuje się siłę przyrody, a odgłosy tropikalnego lasu zadziwiają całą dobę. 

Następnego dnia wszyscy zgodnie  przedzierali się przez wodę i błoto nie zdejmując butów.



Z ogromnym żalem żegnaliśmy przewodnika i gospodynię gotującą nam posiłki i oczywiście Biszkopta, który okazał się suką! 

sobota, 21 listopada 2015

Początek przygody jest zawsze fajny!


Pakowanie do trzeciej było szalonym pomysłem. Kiedy skończyłam i zapragnęłam się położyć, okazało się, że za pół godziny muszę jechać na lotnisko! Zostałam więc odwieziona przez osobistego męża. Odprawa przeszła gładko i można było spokojnie zjeść śniadanko o 5 rano upajając się rozpoczęciem wielkiej przygody. Pożegnaliśmy Warszawę zapłakaną deszczem. Amsterdam przywitał nas mgłą. Po trzech godzinach oczekiwania wsiedliśmy do samolotu. 
Żegnaj Europo, witaj Kostaryko!
Po jedenastu godzinach lotu Panama przywitała nad zielenią, bielą budynków i cudownym gorącem!


Tutaj wsiedliśmy do następnego samolotu aby po półtorej godziny dotrzeć do San Jose. Ledwie żywi dotarliśmy do hotelu gdzie czekała moja córka. Prysznic i zawleczenie naszych ciał do łóżek było cudownym zakończeniem ostatniej nieprzespanej doby. A jutro rozpoczynamy nasz trekking!

czwartek, 19 listopada 2015

Przedwyjazdowa gorączka


Chyba każdy zna uczucie paniki przed większym wyjazdem kiedy wszystkie sprawy piętrzą się nieoczekiwanie i pakowanie jest zostawione na ostatnią chwilę. Nie wiedzieć czemu mi to się zdarza niezwykle często. I tak jest tym razem!
 Pełna stresu po pracy jadę do domu i całą noc będę pakować szmaty i sprzęt nurkowy.
Ale kiedy tego dokonam i znajdę się w samolocie będę najszczęśliwszą z ludzi! 

poniedziałek, 16 listopada 2015

Kino Stacja Falenica


Są jeszcze w naszych miastach takie zakątki, o których niewiele osób wie, a warto o nich wiedzieć! Takim uroczym miejscem jest Kinokawiarnia Stacja Falenica. Namówili nas znajomi na wybranie filmu właśnie tam.
Mieliśmy wrażenie, że niespecjalnie zależy im na obejrzeniu jakiegoś niesamowitego filmu, tylko na odwiedzeniu i pokazaniu nam czegoś niezwykłego. 
Okazało się, że tym miejscem jest stara Stacja Falenica, w której pomysłowi ludzie urządzili kinokawiarnię. Słabo oświetlona ulica i obdrapany budynek nie zrobiły na nas, delikatnie mówiąc, dobrego wrażenia.
Żeby wejść do środka trzeba było przejść na obskurny peron gdzie znajdowało się wejście do kina.
I tu nastąpiła niespodzianka! Nie ma tu żadnych kas gdzie można kupić bilet i wybrać rząd z którego można obejrzeć film- bo tu nie ma rzędów. Za drzwiami wejściowymi w małym pomieszczeniu znajduje się bufet, z którego można przejść do przytulnej salki z książkami i siedzieć sobie gawędząc o niczym, albo można iść do sali kinowej, która mieści się w dawnej hali biletowej przedwojennego dworca.  Znajdują się tu porządne drewniane stoły z wygodnymi fotelami. Stojąc na schodkach wybieramy sobie stolik przy którym chcemy zasiąść. 
Kiedy rozsiadamy się wygodnie podchodzi kelnerka, która przyjmuje zamówienie. Nasza piątka jest po porządnym obiedzie więc zamawiamy zimową herbatę ( z imbirem i pomarańczą) i sernik. Napojów alkoholowych tu nie sprzedają. Po zakończonym seansie otrzymujemy rozliczenie za bilety i konsumpcję. Nie ma tu nerwowego podrywania się z miejsc z trzaskiem podnoszących się foteli. Wszyscy z uśmiechem i nieśpiesznie opuszczają salę, ale nie wszyscy natychmiast wychodzą, bo można tu jeszcze spokojnie posiedzieć. Takie jest to miejsce! 

piątek, 13 listopada 2015

Zwykły weekend


Każdy wolny dzień możemy spędzić jak chcemy, ale nie koniecznie jak powinniśmy. Możemy leżeć przed telewizorem z pilotem w ręku ( żal mi takich jednostek), ale możemy zrobić proste- cudowne rzeczy. W ostatni weekend zaprosiliśmy wszystkich, którzy razem z nami zechcieli ostatni rok spędzać aktywnie. Z nami żeglowali, wędrowali, pływali na kajakach, jeździli na nartach i zwiedzali nasz niezwykły glob. 
Wieczór rozpoczęliśmy oglądaniem zdjęć z naszych wypraw, a zakończyliśmy baletami do białego rana. 
       Fot. D. Rembiszewska
Po krótkiej drzemce twardziele poszli na trekking. 
Towarzyszyła nam oczywiście nasza sunia, która miała dosyć głośnej muzyki przez całą noc.
Los nas nagrodził bo świeciło słońce i było + 15 stopni! 
Ot taki zwykły weekend... A już się zbliża następny!

sobota, 7 listopada 2015

Niesamowita Pańska Skórka


Każdy Warszawiak powinien znać smak " pańskiej skórki". Cukierki, o waniliowo- coś tam smaku, wyrabiane są chałupniczo ( co u poniektórych budzi wstręt) od ponad 100 lat! Początkowo sprzedawane były w aptekach , jako przysmak i lekarstwo dla dzieci, które bolało gardło (jednym ze składników był korzeń prawoślazu). Początkową nazwą była " panieńska skórka" - skojarzenie z gładkim ciałem młodych dziewcząt. Z czasem nazwa ewoluowała na " pańską skórkę". Kiedy zaprzestano sprzedaży w aptekach, nie wiadomo dlaczego, biznes błyskawicznie przeniósł się na obrzeża cmentarzy i tak jest do dziś. Biało- kremowe cukierki zawinięte w biały pergamin ( obowiązkowo) królują tu w okresie 1 listopada. 
Rodziny zajmujące się produkcją tego słodkiego cuda strzegą swoich przepisów.  W 2008 roku warszawski smakołyk został wpisany na listę produktów regionalnych!
Współczesne gumy rozpuszczalne nie sięgają PS do pięt! Ma ona tyle samo przeciwników co wielbicieli ( ja należę do tej drugiej grupy oczywiście). Fajnie, że w naszym rozpędzonym życiu niektóre rzeczy przez ponad 100 lat pozostają wciąż takie same...

poniedziałek, 2 listopada 2015

Weekend wyciszenia


Znowu w tym roku pojawiły się przed domami świecące dynie, a po zmroku przychodziły dzieciaki po cukierki.
Spotkaliśmy się z przyjaciółmi pograć w bilard i pogadać o wszystkim i o niczym. 
Ten weekend był dla Polaków czasem wspomnień... i dyskusji politycznych po zeszłotygodniowych wyborach. 

poniedziałek, 26 października 2015

Willa dla suni


Przyjechała oczekiwana  ( przez nas, bo pies miał to w absolutnym poważaniu) ocieplana buda z tarasem ( cokolwiek to znaczy). Zostałam poinformowana przez wykonawcę, że DHL po odebraniu przesyłki,  ma się ze mną umówić na godzinę dostawy. Rano pojechałam do pracy. Po dwunastej zadzwonił przewoźnik z informacją, że czeka przed bramą! Życzliwa sąsiadka, będąca akurat w domu, otworzyła bramę. Kierowca oświadczył, że budy nie będzie sam nosił. Na zapytanie: a co robi drugi pan w samochodzie, odpowiedziano, że został zwolniony i jest grzecznościowo odwożony do domu!? Sytuacja była lekko patowa. Koniec końców buda została pozostawiona, na ulicy, przed naszym ogrodzeniem i "róbta co chceta"!
 Po powrocie z pracy ok. 150 kg przetargaliśmy na pożyczonym wózeczku (niestety nie dysponowaliśmy wózkiem jak DHL).
Willa wreszcie stanęła na wybranym miejscu. 
Ja byłam zachwycona, ale Demi zdecydowanie mniej. Nie weszła do środka nawet po wrzuconą tam kość! Jedynie zajrzała przerażona i uciekła z niczym.
 No cóż, jak jej tyłek zmarznie to doceni swoją rezydencję! 

czwartek, 22 października 2015

Gadzia przyjaźń


Nasza żółwica o wdzięcznym imieniu Zuzia ( początkowo była uznawana za chłopaka) nie jest pokornym żółwiem. Wykorzysta każdą chwilę żeby zwiać. Niekiedy udaje jej się zniknąć na dłużej, a my w panice przeszukujemy wszystko co się da!
Nieraz kiedy wszyscy domownicy rozjeżdżają się w różne strony świata zawozimy ją do naszych przyjaciół, którzy mają żółwicę o imieniu Spidzia.
Pczątkowa znajomość naszych pupili przebiegała dosyć burzliwie. Otóż gospodyni nieźle była wkurzona pojawieniem się rywalki! Zuzia nie była dopuszczana do jedzenia i była nieźle pogryziona. O wspólnym pobycie w terrarium nie mogło być mowy. Swobodny pobyt na podłdze też nie wchodził w grę bo Spidzia uparcie śledziła gościa i dopadała w najmniej oczekiwanych momentach! Tak więc jedna spędzała czas w terrarium, a druga zażywała swobody na podłodze.
Przy następnym pobycie naszej ulubienicy, znajomi byli już mentalnie przygotowani na ekscesy swojego gada. 
O dziwo gospocha "przywitała się" grzecznie i pozwoliła naszej spokojnie jeść sałatę. 
                   Fot. M. Piątkowska
Przez tydzień nie było żadnego awanturnictwa. Spidzia łaziła za Zuzią krok w krok i musiała spać w tym samym kącie, choćby tam było nie wiem jak ciasno! O nieprzyjaznych gestach nie było jednak mowy.
Wszyscy mieli ubaw widząc nierozłącznie maszerujące żółwie. I proszę- gadzia przyjaźń jest możliwa!

sobota, 17 października 2015

"Praktykant"


Pogoda nas ostatnio nie rozpieszcza, a wieczory stają się każdego dnia dłuższe. Dla zapracowanych i zagonionych, a właściwie dla wszystkich polecam film "Praktykant" Bena Whittakera. 
Główny bohater- Ben ( Robert De Niro) będąc 70 letnim wdowcem odkrywa, że emerytura to najnudniejszy okres w jego życiu. Znajduje przez przypadek ogłoszenie i rozpoczyna staż w niedawno powstałej redakcji strony internetowej o modzie.
                                      źródło: filmweb.pl

 Znów życie nabiera barw i poznaje w pracy piękną Fionę (Rene Russo). Ich pierwsza randka odbywa się na pogrzebie i stypie! 
                                          źródło: filmweb.pl

Nie jest to typ głupawej komedii. Film nasycony jest ciepłem i cudownym humorem. 
Pewnie Oskara nie będzie, ale zobaczyć warto.

czwartek, 8 października 2015

Powrót kotki marnotrawnej..


Tego dnia nic nie zapowiadało tak wielkiej niespodzianki. Po powrocie z pracy, szybko zorganizowałam obiad. Tuż przed wyjściem na fitness zadzwoniła moja komórka. Pani grzecznie zapytała czy dawałam ogłoszenie  o zaginionej, biało-czarnej kotce i czy w/w się znalazła. Odpowiedziałam ( zgodnie z prawdą zresztą), że niestety pomimo licznych ogłoszeń futrzak nie wrócił do domu. 
Następnym pytaniem było, czy kot miał wszczepionego chipa. I tu też moja odpowiedź była pozytywna. Podane przeze mnie cyfry zgadzały się! 
Nieważne już były moje wieczorne zajęcia! Liczył się tylko powrót Simi. Wsiedliśmy z mężem do samochodu i pognaliśmy na podany adres. Jadąc zastanawialiśmy się dlaczego zadzwoniono pod mój numer telefonu, skoro podczas wszczepiania chipa były podane dane i nr tel naszej starszej córki! Wątpliwości czy to jest nasz kot doprowadziły mnie do łez. 
Pod wskazanym adresem znajdowała się księgarnia wysyłkowa. Przemiłe panie wprowadziły nas do biura. Kotka gdzieś się zawieruszyła, ale na moje wołania przybiegła natychmiast. Dała się pogłaskać, po czym usiadła i zaczęła miaukliwie gadać ( jak zawsze miała w zwyczaju). 
Po zapakowaniu Simi do kontenerka ( za którym zawsze nie przepadała), panie opowiedziały nam jej historię.
 Miesiąc temu znalazły ją wychudzoną na śmietniku. Kotka nie uciekała i zachowywała się bardzo przymilnie ( trzeba przyznać, że to potrafi robić perfekcyjnie). Panie zaczęły ją karmić i futrzak błyskawicznie stał się rezydentem w magazynie i biurze. Opiekunki okazały się niezwykle odpowiedzialne. Obawiając się pojawienia małych kociaków udały się ze swoją podopieczną do weterynarza. Ten po ogoleniu brzuszka zobaczył, że kotka została już wysterylizowana! Poza tym została kiedyś zachipowana! Niestety po wpisaniu kodu do systemu okazało się, że jest aktywny, ale nie ma żadnych danych!!! Kot został zbadany, odrobaczony i wrócił do księgarni. Kobiety stwierdziły, że jeśli ktoś o kota tak zadbał to na pewno dał jakieś ogłoszenia na forach internetowych. Usiadły przed komputerem i zaczęły przeszukiwać zgłoszenia, których są setki! Trzeba dodać, że pierwsza informacja o zaginięciu była 15 kwietnia (prawie pół roku temu).  Panie cierpliwie przeglądały zdjęcia i na jednym rozpoznały Simi! Tutaj był podany mój numer telefonu! 
Rodzina i przyjaciele stwierdzili, że to cud! Moim zdaniem to nie był żaden cud. Simi napotkała na swojej drodze cudownych ludzi, którzy potrafili pochylić się nad nieszczęsnym, brudnym kotem. Natomiast kiedy zorientowano się, że kotka miała kiedyś swój dom potrafiono zrozumieć żal poprzednich właścicieli! Upór i determinacja dwóch kobiet doprowadziły do szczęśliwego zakończenia. Mimo degradacji wartości są jeszcze ludzie, którzy potrafią się zachować jak LUDZIE! Dzięki nim ten świat tak szybko się nie podda i będzie chronił to co najważniejsze!
   Wracając do domu zastanawialiśmy się czy sierściuch , po półrocznym pobycie na gigancie, będzie pamiętać nasz dom. Obawy okazały się błędne. Kotka błyskawicznie obiegła swoje włości. 
W łazience upomniała się o swoją szklankę z wodą, która stała zawsze na umywalce. Zajrzała czy w szafie jest jej kocyk. A wieczorem władowała się nam do łóżka. 
Nie wróciła zabiedzona, a wręcz odwrotnie ( nieźle jej dogadzano). W dodatku nie chce jeść suchej karmy! Tak jak była karmiona w księgarni ja też kupiłam jej tuńczyka i kurczaka firmy Purina. 
Radość nasza jest ogromna, a obawy nie mniejsze. To nie pierwsze zaginięcie Simi ( poprzednie opisałam 27.03.2015, w poście " Niesamowita historia"). Teraz  kilka dni spędzi zamknięta w domu, ale kiedyś znów wyjdzie na dwór. I wtedy będę umierała ze strachu...

poniedziałek, 5 października 2015

Taki zwykły weekend....


W piątek, po pracy pojechaliśmy do znajomych oblewać pięknie wykończony taras wokół domu. Każdy przywiózł furę jedzenia, więc lekko nie było. Nasze psy szalały. 
Pierwszą część wieczoru spędziliśmy na tarasie, a drugą z powodu zimna, w domu gdzie  kontynuowaliśmy burzliwe dyskusje na wszelkie możliwe tematy. 
Sobota obdarowała nas fantastyczną pogodą. Przedpołudnie spędziliśmy na malowaniu schodów na działce i na licznych pracach gospodarskich. 
Żal było nie wykorzystać takiej pogody. I tak skrzyknęliśmy kilka osób na wieczorne ognisko. Sąsiedzi mają oczko wodne na swojej działce, w której pływają karpie. Pomysł przyspieszenia Wigilii i złapnia przynajmniej jednego karpia wydawał się super pomysłem. Ryby okazały się bardzo sprytne i cztery osoby uzbrojone w podbieraki musiały się nieźle wysilić. 
                    
  Po 30 minutach udało nam się złapać ogromnego osobnika, który ważył 5,5kg! 
                    
Niestety musiał ostrzec kolegów, w stawie, o naszych zamiarach, bo reszta schowała się skutecznie i prośby ani groźby nie spowodowały następnych sukcesów. 
Wieczór przy ognisku był strzałem w dziesiątkę. 
W niedzielę udaliśmy się na grzyby. Las był piękny. Niestety grzybów nie znaleźliśmy wiele. Za to muchomory jak zawsze zdobiły zagajniki.
                     
Piękny zachód słońca obserwowany na pomoście przy herbacie z miodem był super podsumowaniem weekend'u.
I proszę: nie trzeba jechać w dalekie kraje żeby być szczęśliwym..