Jak wędrować to wędrować.
Od kilkunastu lat, z grupą kilkudziesięciu wariatów, tydzień z sylwestrem spędzamy w górach. Każdy dzień ma niezwykle napięty plan: spać chodzimy nie wcześniej niż o drugiej, a rano zrywamy się (nie jest to wczesny świt) bo góry czekają!
Dziś dziewiętnaście osób, uzbrojonych w kije i świetny nastrój, o 9 rano wyrusza na wędrówkę. Czeka na nas trasa trzydziestu kilometrów przygotowana przez Wojtka i Marcina. Zawsze ktoś odpada podczas wędrowania, a pierwszym testem wytrzymałości jest kilkukilometrowe przejście przez góry do Szczawnika. Nie jest to łatwy odcinek (ja go bardzo lubię) ponieważ trzeba maszerować po ośnieżonych zboczach, przedzierać się przez krzaki i przeprawiać przez strumienie.
Tym razem rezygnują dwie osoby, a reszta dzielnie kieruje swoje kroki i kije do Schroniska nad Wierchomlą. Pogodę mamy cudną. Po siedmiu kilometrach docieramy do schroniska gdzie dech w piersiach zapiera nam niesamowity widok Tatr na tle błękitnego nieba. W schronisku odpoczywamy chwilę i w zmniejszonym składzie, o następne 5 osób, kierujemy się na Jaworzynę. Zawsze mnie zastanawia, że do ostatniego etapu marszu zostaje więcej dziewczyn!
Docieramy na Jaworzynę przed zachodem słońca i tu ponownie powala nas panorama Tatr tym razem otulona purpurą zachodącego słońca.
Przed nami jeszcze ostatni ośmiokilometrowy odcinek prowadzący do naszego ośrodka. Docieramy akuratnie na kolację, którą dzielna,wędrówkowa ekipa pochłania błyskawicznie! Jesteśmy wykończeni, ale na odpoczynek przyjdzie czas bo przecież nie można zwalniać tempa mimo, że mamy koniec roku!
poniedziałek, 31 grudnia 2012
piątek, 28 grudnia 2012
To my decydujemy jakie mamy święta
Na drugi dzień świąt odmówiliśmy (jak co roku zresztą ) wspólnego biesiadowania. Rano spakowaliśmy samochód i ruszyliśmy na południe. Wyjeżdżając z Warszawy mieliśmy temp +9 stopni, więc trochę byliśmy zaniepokojeni. Kiedy zajechaliśmy na miejsce, cudownym rozczarowaniem był śnieg i wspaniale przygotowany stok. Wrzuciliśmy bambetle do naszego domku i po błyskawicznym przebraniu zjawiliśmy się na stoku. Było cudnie!!! Razem z nami na wyciągu było 9 osób! Tak można gonić ten świat, nawet w święta...
czwartek, 27 grudnia 2012
To my decydujemy jaką mamy Wigilię
Od wielu lat spędzamy każdą Wigilię na działce z całą rodziną (jest nas kilkanaście osób).
W tym roku było bardzo dużo śniegu więc działka wyglądała baśniowo. Niedzielę z córką spędziłyśmy w kuchni patrząc tęsknie na ośnieżone świerki, a panowie zdobili światełkami dom i choinki w ogrodzie. W Wigilię rano wyrwałyśmy się na kilkukilometrową wędrówkę. Pogoda była wspaniała.
Wróciłyśmy cudownie zmęczone.
Po południu w wesołej atmosferze usiedliśmy do stołu. Oczywiście ku radości maluchów zawitał do nas Mikołaj. Po wizycie Mikołaja całą rodziną zrobiliśmy sobie przerwę w jedzeniu i poszliśmy nad jezioro. Na górce testowaliśmy nowy prezent mojego męża i ulepiliśmy dwumetrowego bałwana!
Po tych wariactwach byliśmy ponownie głodni i z wielką ochotą wróciliśmy do domu gdzie karp smakował jak nigdy!
O północy chętni udali się na pasterkę do Serocka. W cudownie położonym na skarpie kościele był dziki tłum ludzi. Musiałam sześcioletnią Marysię trzymać na rękach bo bałam się czy nie zostanie rozdeptana. Sześciolatka była bardzo dzielna.
Jak co roku to była wspaniała Wigilia i cieszę się że nie zalegliśmy tylko przy stole, ale również czynnie zagospodarowaliśmy ten dzień.
sobota, 22 grudnia 2012
Świąteczne pierniczenie
Cudownie jak Świąt Bożego Narodzenia nie kojarzymy tylko z zakupami, nerwowością i komercyjnym, sklepowym szaleństwem. Ze wszystkich stron jesteśmy bombardowani reklamami co i jak możemy kupić, albo gdzie można wziąć najlepszy kredyt żeby oczywiście coś kupić! Czy można poczuć atmosferę świąt bez tego całego medialnego szumu? Można!
W zeszłym roku moja serdeczna koleżanka rozesłała zaproszenia na wspólne, przedświąteczne pieczenie pierników. Stawiły się tylko baby, ponieważ mężowie i dorosłe dzieci odmówiły współpracy. Dom, w którym mieszkają dwa koty i ogromny pies, rasy owczarek kaukaski o imieniu Pimpek, wydawał się idealny do naszych działań.
Po godzinie naszych wyczynów zajrzał do nas młodszy syn (student polibudy) i widząc nasze wariackie działania przyłączył się na resztę wieczoru.
Przed Świętami Wielkanocnymi spotkałyśmy się na pieczenie mazurków. Jedna z moich córek, słysząc opowieść Karola (który tym razem stawił się planowo) o naszym pierwszym kulinarnym wieczorze, przybyła ochoczo.
Wczoraj, oprócz "matek" stawiła się młodsza część rodzin: Ania, Karol, Tomek i mój mąż!
Przy kolędach i w ogólnym rozgardiaszu, każdy usiłował wykonać swoje pierniki.
Trzeba przyznać, że szaleństwu nie było końca.
Trzeba przyznać, że szaleństwu nie było końca.
poniedziałek, 17 grudnia 2012
Każdą choinkę można zabrać do samochodu
Uwielbiam atmosferę Świąt Bożego Narodzenia. Prezenty staram się zakupić wcześniej ( w tym roku z kilkunastu prezentów nie mam tylko dla naszych córek, bo nie potrafią sprecyzować swoich życzeń). Zawsze mam wrażenie, że mimo ogromnego tłumu w sklepach i ogromnego pośpiechu, to wszyscy jesteśmy sobie bardziej życzliwi. Uwielbiam ubierać choinkę (gorzej z rozbieraniem) i uwielbiam spędzać święta na działce z całą rodziną (a najbliższej rodziny jest 16 osób, więc zamieszanie jest spore).
Wybór choinki jest zawsze dużym problemem albowiem kupujemy duże choinki w doniczce (trzy z dotychczasowych się przyjęły i rosną sobie spokojnie) W tym roku nasi serdeczni znajomi, którzy mają niesamowitą plantację jodły kaukaskiej, sprzedają drzewka u siebie na placu. Udaliśmy się do nich całą gromadą. Drzewka mierzą max do ok. 2 m, również nieduże są w doniczkach. Są bardzo ładne i w bardzo dobrych cenach. Między choinkami kroczy dumny Pan domu, przemiła Pani domu wszystkich przybyłych informuje o cenie każdej jodły, a uśmiechnięty syn targa drzewka do samochodów klientów. Atmosfera jest jowialna. Jeśli ktoś wybierze choinkę, która nie może się zmieścić do samochodu- nie ma problemu! Na poczekaniu bagażnik samochodu zostanie przerobiony i pomieści każdą jodłę. To jest prawdziwy full service! I to właśnie uwielbiam- jak coś robić to na całego!
Wybór choinki jest zawsze dużym problemem albowiem kupujemy duże choinki w doniczce (trzy z dotychczasowych się przyjęły i rosną sobie spokojnie) W tym roku nasi serdeczni znajomi, którzy mają niesamowitą plantację jodły kaukaskiej, sprzedają drzewka u siebie na placu. Udaliśmy się do nich całą gromadą. Drzewka mierzą max do ok. 2 m, również nieduże są w doniczkach. Są bardzo ładne i w bardzo dobrych cenach. Między choinkami kroczy dumny Pan domu, przemiła Pani domu wszystkich przybyłych informuje o cenie każdej jodły, a uśmiechnięty syn targa drzewka do samochodów klientów. Atmosfera jest jowialna. Jeśli ktoś wybierze choinkę, która nie może się zmieścić do samochodu- nie ma problemu! Na poczekaniu bagażnik samochodu zostanie przerobiony i pomieści każdą jodłę. To jest prawdziwy full service! I to właśnie uwielbiam- jak coś robić to na całego!
poniedziałek, 10 grudnia 2012
Palau - tu można wrócić!
Wszystko co mnie spotkało w tym innym od wszystkich kraju, było niezwykłe. Ludzie żyją tu spokojnie i nie ma jeszcze rozkręconej na maksa turystyki. To co zobaczyłam nad i pod wodą pozostanie na zawsze w moim sercu. Nurkowania były fantastyczne, a pożegnalny nurek w jaskiniach był prawdziwą wisienką na torcie.

fot. J. Gdowski
fot. J. Gdowski
Profesjonalizm załogi, na Aggressorze II, sięgnął zenitu! Niewielka ekipa harowała bez wytchnienia. Przewodnicy nurkowi, poza pracą pod wodą, cały dzień ciężko pracowali: sprawdzali stan techniczny łodzi i pomagali przy wydawaniu posiłków. Kapitan również rwał się do każdej pracy. Minimum raz dziennie prowadził nurkowania (i robił to fantastycznie), nie bał się usmarować przy naprawie technicznych rzeczy, pomagał podczas posiłków i wycierał naczynia! Podczas całodobowej pracy wszyscy byli uśmiechnięci i wszystkie ich działania były niewymuszone (przynajmniej my odnosiliśmy takie wrażenie).
A "wyrabianie" ciast na głowach trzech osób (odbyli 300, 400 i 555 nurkowanie) było kompletnym wariactwem!
fot. J. Gdowski
Nasza kilkunastoosobowa, międzynarodowa ekipa była oczarowana załogą Aggressora, a dla mnie było prawdziwym zaszczytem nurkować z tak wspaniałymi ludźmi....

fot. J. Gdowski
fot. J. Gdowski
Profesjonalizm załogi, na Aggressorze II, sięgnął zenitu! Niewielka ekipa harowała bez wytchnienia. Przewodnicy nurkowi, poza pracą pod wodą, cały dzień ciężko pracowali: sprawdzali stan techniczny łodzi i pomagali przy wydawaniu posiłków. Kapitan również rwał się do każdej pracy. Minimum raz dziennie prowadził nurkowania (i robił to fantastycznie), nie bał się usmarować przy naprawie technicznych rzeczy, pomagał podczas posiłków i wycierał naczynia! Podczas całodobowej pracy wszyscy byli uśmiechnięci i wszystkie ich działania były niewymuszone (przynajmniej my odnosiliśmy takie wrażenie).
A "wyrabianie" ciast na głowach trzech osób (odbyli 300, 400 i 555 nurkowanie) było kompletnym wariactwem!
fot. J. Gdowski
Nasza kilkunastoosobowa, międzynarodowa ekipa była oczarowana załogą Aggressora, a dla mnie było prawdziwym zaszczytem nurkować z tak wspaniałymi ludźmi....
piątek, 7 grudnia 2012
Niesamowite jezioro i jego niesamowici mieszkańcy.
Jellyfish Lake jest jednym z najbardziej nieprawdopodobnych miejsc na ziemi. Jest to zbiornik ze słoną wodą znajdujący się wewnątrz wyspy. Liczy tyle samo lat co Morze Bałtyckie! Słynie z zamieszkujących w nim złotych meduz. Nie mając naturalnych wrogów utraciły one parzydełka - swoją jedyną obronę.
Zbiornik ma głębokość około 30m, ale nie można w nim nurkować z powodu wysokiego stężenia siarkowodoru poniżej 15 metrów ( może on być wchłaniany przez skórę).
Odwiedzającym ten niezwykły świat pozostaje więc snurkowanie.
Zjawiamy się w tym miejscu i z lekką obawą zakładamy sprzęt ABC ( co poniektórzy - w tym ja - zakładają żylety). Galaretowate stwory migrują w poprzek jeziora. Musimy przepłynąć na drugą część zbiornika albowiem dzisiaj tam znajduje się cel naszych poszukiwań.
Po kilku minutach pojawia się najpierw jeden pomarańczowo-złoty sputnik następnie drugi, trzeci, czwarty, dziesiąty.... Początkowo delikatnie odpycham tutejszych gospodarzy, ale po kilku chwilach znajdujemy się w gęstej, meduzowej zupie! Galaretki różnych wielkości przylegają do naszych ciał i nie jest to wcale straszne, a wręcz przeciwnie!
Wszyscy jesteśmy pod tak ogromnym wrażeniem, że po godzinnym siedzeniu w wodzie nikt nie chce opuścić tego miejsca.
Po licznych nawoływaniach naszego przewodnika, leniwie poruszając płetwami, odpływamy z tego zaczarowanego świata.
Mamy wrażenie, że czas się zatrzymał. Tutaj nie ma żadnej gonitwy. Wszystkim udziela się spokój tego miejsca i jego niesamowitych mieszkańców.
![]() |
| fot. J. Gdowski |
![]() |
| fot. J.Gdowski |
![]() |
| fot. J.Gdowski |
wtorek, 4 grudnia 2012
Buszujący w nocy
Nurkowaniom nocnym zawsze towarzyszy dreszczyk emocji. Nie wszyscy lubią ten typ nurkowań. Jednak prawdziwi wariaci i pasjonaci wykorzystują każdą okazję aby wejść do wody.
Na Aggressorze II są cztery nury dzienne i piąty nocny. Tuż przed wskoczeniem do wody napięcie sięga zenitu, które znika po paru minutach kiedy już jestem na kilkunastu metrach.
Wtedy w świetle latarki pojawia się niezwykły świat.
Uwielbiam rolę nocnego szperacza. Zaglądanie do każdej dziurki w rafie jest prawdziwą frajdą. Leżące na boku, śpiące ryby są mniej zachwycone naszym buszowaniem. Nocą można zobaczyć również prawdziwe cuda. Takim cudem jest półtorametrowy łańcuch jajeczek unoszących się leniwie w toni.
Wszystko jest owiane nutą tajemniczości.
Wyobraźnia "widzi" w ciemności przeróżne dziwadła. Gorzej jak mignie nam cień rekina. Tego nocą nikt nie lubi...
![]() |
| fot. J. Gdowski |
![]() |
| fot. J. Gdowski |
![]() |
| fot. J. Gdowski |
niedziela, 2 grudnia 2012
Jak żyć?
Niektórzy są bogaci, ale bogactwo im szczęścia nie zapewnia. Inni są biedni, ale potrafią być szczęśliwi.
Docieramy do najdalej wysuniętej na południe wyspy Plalelliu. Aggressor cumuje w romantycznej zatoczce. Zaskoczeniem absolutnym są pływające tu krokodyle! Niestety atmosferę tego miejsca psują wojenne pseudoportowe konstrukcje.
W lasach co chwila napotykamy pozostawione niszczejące czołgi i ostrzelane domy.
Przewodnik pokazuje nam miejsce, gdzie kiedyś byli pochowani amerykańscy żołnierze, ale dzisiaj jest to miejsce tylko ich pamięci albowiem ciała zostały zawiezione do USA. Bardzo duże wrażenie robi na nas napis utworzony z rosnącej zieleni, a w tle krzyż z hełmem.
Ludzie są tu niezwykle spokojni i chyba szczęśliwi.
W lasach co chwila napotykamy pozostawione niszczejące czołgi i ostrzelane domy.
Przewodnik pokazuje nam miejsce, gdzie kiedyś byli pochowani amerykańscy żołnierze, ale dzisiaj jest to miejsce tylko ich pamięci albowiem ciała zostały zawiezione do USA. Bardzo duże wrażenie robi na nas napis utworzony z rosnącej zieleni, a w tle krzyż z hełmem.
Ludzie są tu niezwykle spokojni i chyba szczęśliwi.
Dla nas szczęście to dobra praca, dzięki której mamy pieniądze. To one pozwalają nabywać wszelkie dobra. Dla nas nieszczęściem jest brak dobrego samochodu, ładnego domu czy mieszkania. Dla nas problemem jest nawet brak jakiegoś ciucha!
Tutaj są maleńkie, skromne domki. Ludzie są szcześliwi, że u nich w osadzie jest szkoła, kościół. Prawdziwą dumą jest internet w szkole. Mieszkają w otoczeniu przepięknej przyrody i cudownych plaż. Tutaj wszyscy żyją jak w jednej rodzinie, a niektórzy pełnią jednocześnie różnorakie funkcje: naszym kierowcą jest kobieta, która zatrzymuje się przed sklepem z pamiątkami. Wysiada razem z nami, otwiera sklep, w którym staje za ladą i sprzedaje nam różne drobiazgi! Nie ma sensu aby sklep był otwarty cały czas. Przecież tutaj wszyscy doskonale wiedzą kiedy pojawiają się turyści.
Widzimy baraszkujące, roześmiane dzieci. Promienie słońca sprawiają, że wszystko jest tu kolorowe i nastraja optymistycznie do życia.
Latem, będąc na żaglach w Grecji, wspomniałam wyspę Scorpios należącą do rodziny Onassis ( post "Małe rzeczy też cieszą"). Przypłynęliśmy w pobliże tej greckiej wyspy nie jeden raz i nigdy nie widzieliśmy tam bawiących się i kąpiących ludzi. Smutek tej wyspy potęgują napisy zakazujące wchodzenia na nią i groźnie biegające psy. I mimo wielkiego bogactwa, człowiek miał wrażenie, że nie ma tam radości życia.
Na czym tak naprawdę polega szczęście? Dla każdego jest czymś innym. I bardzo dobrze!
czwartek, 29 listopada 2012
Blue Holes
Blue Holes - czyżby jakaś magiczna siła przeniosła nas do słynnego
miejsca nurkowego w Egipcie? Bynajmniej - na Palau jest wiele takich
magicznych miejsc, a jednym z nich jest Bleu Holes.
Na głębokości ok. 7 metrów jest dziura w skale ( ok.7 m. na 3 m.). Opadamy i widzimy co jakiś czas otwory w skale. Przy dnie jest duże wejście do wspaniałej groty.
Grota jest olbrzymia i ma wspaniałe okno na świat. Jesteśmy powaleni
atmosferą i urodą tego miejsca. Po szaleńczych wyczynach i fotografowaniu
wszystkiego i wszystkich wypływamy w słodkiego przestwór oceanu. Na
początek pojawia się rekinek, potem drugi, trzeci, czwarty.... Raptem
czujemy się jak w krupniku, a kartofelki to wszechobecne rekiny!! Są
wszędzie, widoczność jest wspaniała. Na sporym "plato" zawieszamy się na
hakach i oglądamy spektakl, w którym główną rolę grają rekiny.
Nie możemy oczywiście umniejszać roli innych wspaniałych ryb, które
mienią się kolorami tęczy. Mam wrażenie, że wszystko jest naładowane
nieprawdopodobnym ładunkiem energii. Wrażenie jest spowodowane niezwykle
energetycznymi rekinami, barakudami i tuńczykami. Wszystko krąży wokół
nas, a kręcące się ławice wydają chrzęszczący dźwięk.
Jestem zwyczajnie szczęśliwa, że mam możliwość oglądać taki świat...
Na głębokości ok. 7 metrów jest dziura w skale ( ok.7 m. na 3 m.). Opadamy i widzimy co jakiś czas otwory w skale. Przy dnie jest duże wejście do wspaniałej groty.
| fot. J. Gdowski |
| fot. J. Gdowski |
Jestem zwyczajnie szczęśliwa, że mam możliwość oglądać taki świat...
| fot. J. Gdowski |
wtorek, 27 listopada 2012
Nic dwa razy się nie zdarzy
Porażeni nurkowaniem z mantami cały wieczór potrafimy tylko o nich
mówić. Reszta grupy słucha i ogląda zdjęcia. W tej sytuacji kapitan
postanawia powtórzyć German Channel. Może znowu spotkamy manty. Wypływamy uzbrojeni w aparaty, kamery i świetny nastrój.
Podczas nurkowania zanurzamy się na ok. 7 metrów i z szerokimi oczami rozglądamy się uważnie. Manty po trzykrotnym pojawieniu się na kilkanaście sekund znikają bezpowrotnie. Po dłuższym oczekiwaniu opadamy na dwadzieścia metrów i dostrzegamy fantastyczne koralowe ogrody. W tym świecie pomysłowość nie zna granic.
Różnorodność form i kolorystyka może zadowolić nawet największego
mantykę. Płetwami też nie musimy machać albowiem unosi nas silny prąd.
Pomykamy tak sobie, a przed oczami, jak w kinie, zmieniają się obrazy.
My natomiast nie siedzimy w dusznej sali tylko jesteśmy w " Morzu
Filipińskim". Nagle na tle tego niesamowitego krajobrazu pojawia się
ogromna, czarna manta, która jak królowa nocy leniwie nas mija i znika w
oddali.
Wszystko jest nierzeczywiste. Niestety nasze manometry zaczynają nas
upominać i musimy zacząć się wynurzać. Na powierzchni okazuje się, że
tym cudownym miejscem było wejście do German Channel przekopane przez
Niemców na potrzeby bazy wojskowej.
Nie przeżyliśmy tym razem 30-minutowego tańca z mantami, ale nurek był niesamowity.
W nurkowaniu, jak w życiu, nie należy oczekiwać ciągłych powtórek wybranych zdarzeń.
Nie należy się zamykać na to co dokonane. Przecież "nowe" może przynieść też wiele wzruszeń...
Podczas nurkowania zanurzamy się na ok. 7 metrów i z szerokimi oczami rozglądamy się uważnie. Manty po trzykrotnym pojawieniu się na kilkanaście sekund znikają bezpowrotnie. Po dłuższym oczekiwaniu opadamy na dwadzieścia metrów i dostrzegamy fantastyczne koralowe ogrody. W tym świecie pomysłowość nie zna granic.
| fot. J. Gdowski |
| fot. J. Gdowski |
| fot. J. Gdowski |
Nie przeżyliśmy tym razem 30-minutowego tańca z mantami, ale nurek był niesamowity.
W nurkowaniu, jak w życiu, nie należy oczekiwać ciągłych powtórek wybranych zdarzeń.
Nie należy się zamykać na to co dokonane. Przecież "nowe" może przynieść też wiele wzruszeń...
piątek, 23 listopada 2012
Taniec z mantami
Zgromadzeni na statku są mieszaniną całego świata. Polacy,
Niemcy, Duńczycy, Hiszpanie, Meksykanie, Szwajcarzy. Załoga też jest grupą
międzynarodową. I taka wybuchowa mieszanka jest na jednej łodzi!
Po szybkim śniadaniu (na Aggressorze śniadanie jest o 6.00- przed pierwszym nurem) wypływamy na check dive. Podczas zanurzenia mój komputer ( był dopiero co w serwisie) odmawia współpracy (jest to trzeci raz, a więc pora się rozstać).
Na drugiego nura biorę komputer mojej córki Ani. Okazuje się, że bateria jest na wyczerpaniu i również nie ma szans na współpracę. Dobrze, że mogę polegać na moim "buddy" i nurkowanie odbywa się normalnym tokiem.
Po powrocie na pokład Ela z Andrzejem proponują mi skorzystać ze swoich zapasowych komputerów (z takimi ludźmi można gonić wszystko). Tak więc na trzecim nurkowaniu jestem wyposażona w sprzęt od przyjaciół. Wszystko przebiega gładko. Zwiedzamy wrak Helvet, gdzie odkryliśmy wielką mątwę.
Nagle Ela żąda powrotu na powierzchnię. Myślałam, że jak kiedyś ma
problem z uszami. Widząc jej wzrok jestem lekko przerażona. Powoli, acz
zdecydowanie zaczynamy się wynurzać. Holowana Ela wzbudza lekką
sensację u pozostałej ekipy. Okazuje się, że dopadł ją stan lękowy i
serducho zaczęło tłuc się donośnie. Jak to się zdarza pod wodą nie było
konkretnej przyczyny. Na powierzchni wszystko się uspokaja. Po sensacjach dnia mam lekki niepokój czy coś się znowu nie przydarzy
na następnym nurze. Obawy idą "w diabły" już po pierwszych 30 sekundach
pobytu w wodzie. Na rafie widzimy wspaniałego żółwia! Z Januszem
jesteśmy przy nim pierwsi więc możemy go spokojnie "obfotografować".
Pod koniec nurkowania, z szalejącym z kamerą kapitanem, zostaje tylko Štefan, Henry, Ela i ja. Manty są ciekawe nas, w równym stopniu, jak
my ich! Mamy wrażenie, że bawią się z nami okrążając nas ze wszystkich
stron i wykonując akrobatyczne ewolucje.
W 62 minucie nurkowania pada decyzja o odwrocie. Kiedy wychodzimy na powierznię widzimy pożegnalny tan tych niesamowitych zwierzaków.
Czy można chcieć od życia czegoś więcej?!
Dla takich chwil warto jest gonić ten świat bo naprawdę jest wspaniały!
Po szybkim śniadaniu (na Aggressorze śniadanie jest o 6.00- przed pierwszym nurem) wypływamy na check dive. Podczas zanurzenia mój komputer ( był dopiero co w serwisie) odmawia współpracy (jest to trzeci raz, a więc pora się rozstać).
Na drugiego nura biorę komputer mojej córki Ani. Okazuje się, że bateria jest na wyczerpaniu i również nie ma szans na współpracę. Dobrze, że mogę polegać na moim "buddy" i nurkowanie odbywa się normalnym tokiem.
Po powrocie na pokład Ela z Andrzejem proponują mi skorzystać ze swoich zapasowych komputerów (z takimi ludźmi można gonić wszystko). Tak więc na trzecim nurkowaniu jestem wyposażona w sprzęt od przyjaciół. Wszystko przebiega gładko. Zwiedzamy wrak Helvet, gdzie odkryliśmy wielką mątwę.
| fot. J. Gdowski |
| fot. J. Gdowski |
Jemu to absolutnie nie przeszkadza i nadal się pasie leniwie na rafie niczym owieczka na hali.
Tym razem nurkowanie prowadzi sam kapitan Aggressora. Nasz cel to
przepłynięcie German Channal. Dopływamy do stacji czyszczącej (w
takich miejscach rybki czyściciele czynią zabiegi
higieniczno-oczyszczające większym rybom). Ukryci za rafą przyklękamy na
piasku i obserwujemy przypływające "na stację" rekiny. Widok jest
wspaniały.
W pewnym momencie dostrzegamy pływające pod powierzchnią wspaniałe
stado sześciu olbrzymich mant . Jest to początek naszego
nurkowania więc jesteśmy na głębokości ponad 20 metrów i z wielką
zazdrością patrzymy jak obca grupa baraszkuje z tymi wspaniałymi
zwierzętami. W tym momencie kapitan pyta się nas czy decydujemy się na
wynurzenie i gonitwę za mantami (German Channal poszedł w absolutną
niepamięć). Za tę decyzję pokochałam tego faceta. Rozpoczynamy gonitwę (starając się pamiętać o normach wynurzenia). I tak przeżywamy
nurkowanie, które przydarza się raz w życiu! Spędzamy ok 30 minut w
towarzystwie bawiących się z nami olbrzymów. Łzy lecą mi ze wzruszenia.
Z wysiłku kręci mi się w głowie, ale daję radę i staram się
fotografować i filmować ten wspaniały taniec. Nie będą to zdjęcia i film
najlepszej jakości, ale będą moje :) Na szczęście pływa z nami w grupie
Janusz, który ma odpowiedni sprzęt i robi wspaniałe zdjęcia.| fot. J. Gdowski |
W 62 minucie nurkowania pada decyzja o odwrocie. Kiedy wychodzimy na powierznię widzimy pożegnalny tan tych niesamowitych zwierzaków.
Czy można chcieć od życia czegoś więcej?!
| fot. J. Gdowski |
czwartek, 22 listopada 2012
Och, Ameryko!
Wpływy amerykańskie mają w Palau dobre i złe strony. Jednym takim, zdecydowanie niepozytywnym, przejawem jest ślepe naśladownictwo. Oczywiście nie ma to
wielkiego znaczenia przy wyborze odzieży czy słuchania muzyki. Gorzej
gdy w oficjalnej strefie zatraca się swoją tożsamość. Beznadziejnym
pomysłem jest wybudowanie Kapitolu na wzór siedziby amerykańskiego parlamentu!Mieści się tu
sejm i senat. Mieszkańcy Palau uważają, że budowla powinna być wzorowana
na tradycyjnych domach spotkań i mają absolutną rację! Niestety
koszmarek budowlany już stoi i tego nikt w najbliższym czasie nie
zmieni.

Na szczęście Capitol nie przyćmił nam atmosfery cudownego zwiedzania.
Docieramy do miejsca gdzie rozpoczynamy wędrówkę do cudnego wodospadu. Bierzemy drewniane kije i maszerujemy po lesie deszczowym.
Janusz wyłamuje się z grupy i decyduje się na jazdę kolejką jak "prawdziwy traper". :)
Wodospad zapiera nam dech w piersiach! Miejsce jest iście magiczne.
W drodze powrotnej decydujemy się na powrót chybotliwą kolejką. Każdy dostał krzesełko na wyłączność i jazda! :)
Jedna z dziewczyn idzie samotnie do kopalni boksytów. Nasz przewodnik jest wyraźnie zaniepokojony jej nieobecnością.Po jej powrocie informuje nas, że nie wolno kobietom poruszać się gdziekolwiek samotnie z powodu drapieżników. Jesteśmy zdziwione bo przecież z większych zwierząt są tu tylko świnie. W odpowiedzi słyszymy, że chodzi o " męskich drapieżników". Naszemu zdziwieniu nie było końca. Przecież wszyscy są tu uśmiechnięci, żyją w zwolnionym tempie i mają ślicznie dzieci.
Przy każdej gonitwę trzeba być jednak rozważnym.
Na szczęście Capitol nie przyćmił nam atmosfery cudownego zwiedzania.
Docieramy do miejsca gdzie rozpoczynamy wędrówkę do cudnego wodospadu. Bierzemy drewniane kije i maszerujemy po lesie deszczowym.
Janusz wyłamuje się z grupy i decyduje się na jazdę kolejką jak "prawdziwy traper". :)
Wodospad zapiera nam dech w piersiach! Miejsce jest iście magiczne.
W drodze powrotnej decydujemy się na powrót chybotliwą kolejką. Każdy dostał krzesełko na wyłączność i jazda! :)
Jedna z dziewczyn idzie samotnie do kopalni boksytów. Nasz przewodnik jest wyraźnie zaniepokojony jej nieobecnością.Po jej powrocie informuje nas, że nie wolno kobietom poruszać się gdziekolwiek samotnie z powodu drapieżników. Jesteśmy zdziwione bo przecież z większych zwierząt są tu tylko świnie. W odpowiedzi słyszymy, że chodzi o " męskich drapieżników". Naszemu zdziwieniu nie było końca. Przecież wszyscy są tu uśmiechnięci, żyją w zwolnionym tempie i mają ślicznie dzieci.
Przy każdej gonitwę trzeba być jednak rozważnym.
poniedziałek, 19 listopada 2012
Na łodzi
Nareszcie! Jesteśmy na łodzi o pięknej nazwie Aggressor II. Jest po prostu cudowna! Załoga przemiła i w pełni profesjonalna. Pokład dla nurków jest świetnie zorganizowany. Jutro wypływamy o 6 rano i o 7 mamy pierwszego nura! Teraz świat jest nasz i fajnie jest go gonić!!!
czwartek, 8 listopada 2012
Maleńki kraj, wielki spokój
Palau jest rozłożone na 250 wyspach i liczy tylko 22 000 mieszkańców! Ludzie żyją tu spokojnie i mamy wrażenie, że czas płynie znacznie wolniej. Z samego rana wyruszamy na zwiedzanie tego kraju. Z wyspy Koror przemieszczamy się na największą wyspę Babelthaup. Ludność spokojnie mówi o Drugiej Wojnie Światowej i Japończykach, ale w sercach dzieje się coś innego. Oglądamy pieczołowicie pozostawiony, a zniszczony podczas wojny, japoński budynek i niszczejące przed nim japońskie czołgi i działa. W naszym kraju nie pozostawiono takich pamiątek.
Jest to kraj żyjący symbolami, tajemnicami i przepowiedniami, mimo iż jest tu ponad 40% katolików i ok. 30% protestantów. Symbolem czasu jest kogut! To on, pianiem, pokazuje ludności upływający czas.
Oglądamy wspaniały Dom Spotkań. Tutaj mężczyźni, przy sutym posiłku przygotowanym przez kobiety, omawiają ważne i mniej ważne sprawy...
Pamiętać jednak należy, że w tym kraju panuje matriarchat. Do kobiet należy ostatnie i decydujące słowo.
Docieramy do miejsca Stone Monuments. Aby zobaczyć czarne kamienie, trzeba pokonać drogę po schodach w dół, a potem w górę. Nasi Panowie rezygnują z takiego wysiłku i zasiadają na ławce. Panie natomiast oddalają się żwawym krokiem. Zgromadzone w określonej konfiguracji wielkie, czarne kamienie (trochę mniejszy wymiar niż na Wyspach Wielkanocnych) robią na nas niesamowite wrażenie.
Nie wiadomo oczywiście jak i dlaczego tu się znalazły. To one mogą być dla nas symbolem wzajemnych relacji: wszystko się zmienia, my gonimy wszystko, a kamienie dzielnie i niezmiennie trwają.....
środa, 7 listopada 2012
Fantastyczne zmęczenie
Podczas trzeciego lotu jesteśmy wykończeni. Niektórzy z nas przybierają dziwne pozycje przy spaniu.
Po 25 godzinach podróży lądujemy na Koror w Palau. Marzymy o prysznicu i
łóżku. Życie jak zawsze jest pełne niespodzianek i tym razem nas nie
zawiodło. Nie doleciał mój i Janusza bagaż. Poza tym nie działają nam
komórki albowiem Polska nie ma podpisanej umowy. Za dwa dni mamy
wypływać w morze na nurki, a następny samolot, który ewentualnie może
dowieźć nasz bagaż, przylatuje również za dwa dni. Tak więc bez ubrań i
sprzętu o 4 rano docieramy do hotelu. Miejsce naszego zakwaterowania
jest wielce urokliwe. Rano odkrywamy małą plażę. Niestety ja nie mam w
czym się wykąpać. W związku z tym udajemy się do pobliskiego sklepu. Po
dokonaniu zakupów odzieżowych i lokalnego wina wracamy do hotelu.
Okazuje się, że ok 50 metrów od linii brzegowej, na głębokości ok 4
metrów jest zatopiony samolocik mitsubishi "0"!!! Słysząc tę
informację Janusz pędzi do pokoju w celu złożenia nurkowego sprzętu
fotograficznego (ten na szczęście był w bagażu podręcznym).
Zanurzenie się ze sporym aparatem fotograficznym, bez balastu, jest wielce problematyczne. Trzy osoby muszą Janusza upychać za nogi pod wodą. Nasze poczynania są uwieńczone sukcesem i samolot zostaje sfotografowany.
Zanurzenie się ze sporym aparatem fotograficznym, bez balastu, jest wielce problematyczne. Trzy osoby muszą Janusza upychać za nogi pod wodą. Nasze poczynania są uwieńczone sukcesem i samolot zostaje sfotografowany.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















